Żywy trup z Emilii Plater

Jest początek lat 80-tych. Czesław Miłosz, już noblista, wychodzi z Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu. Zaczepia go menel o wyglądzie bezdomnego, alkoholowego degenerata. Prosi o stówę. Znają go tu i nie przepadają za nim. Wystaje pod lokalem, krzyczy sam do siebie, urąga, zaczepia ludzi. Nie jest przyjemnym widokiem. Miłosz też go zna. Wyciąga plik pięćsetek i wręcza mu jedną ze słowami „Cóż to jest dziś sto złotych, panie Kazimierzu ?”.

W tym samym czasie na ulicy Emilii Plater dwóch lokatorów kamienicy pod czwórką spotyka się w bramie. Narzekają na jednego z współmieszkańców. Jest u niego melina. Ten fragment Śródmieścia ma swój przydział elementu, kwaterunek zrobił swoje, ale mieszkają tu też normalni ludzie. Do ich kamienicy schodzi się najgorsze towarzystwo. Dziwki zniszczone już zawodem, okoliczne lumpostwo, drobni kryminaliści, bez fartu w rozedrganych rękach. Wchodzą i wychodzą kiedy chcą. Chlają i zachowują się… nieobyczajnie. Mieszkanie cuchnie, pleni się w nim robactwo. I ten menel, co tam mieszka, gruźlik w końcowym stadium, koneser wódki z białą główką i wody brzozowej. Zakała kamienicy, strach na schodach się mijać.

Tym menelem był Kazimierz Ratoń, jeden z poetów pokolenia „Współczesności”. Prawdziwy poeta przeklęty. Żywy trup. Bardzo niewiele życia już wtedy w nim było. Tyle co nic. Wkrótce przestanie być wrzodem na tym ziemskim padole.

Ratoń urodził się w 1942 roku w Sosnowcu. Wychował się w inteligenckiej rodzinie, dosyć zamożnej. Kiedy miał 9 lat zmarł jego ojciec, z którym był bardzo blisko, jak sam stwierdził, był to jedyny człowiek, który go lubił. Zmarł na gruźlicę, nie jest wykluczone, że zaraził syna. Z matką nie miał zbyt dobrych kontaktów. Mając 11 lat zdiagnozowano u niego gruźlicę kości, wskutek czego spędził w sanatorium ponad rok, z nogami w gipsie. Wtedy też przebył poważne zapalenie stawu kolanowego, nabywając swój charakterystyczny, kulejący chód. Złe kontakty z matką i siostrą i ciężka choroba powodują u młodego Ratonia coraz większą alienację. Jako nastolatek zmieniał szkoły, chorował, leczył się. W wieku 20 lat zerwał wszelkie kontakty z rodziną. Imał się różnych zajęć. Był robotnikiem na budowie, statystą w teatrze, kierownikiem przyfabrycznego klubu, bibliotekarzem. Trochę pisał, zarówno poezję, jak i teksty dziennikarskie, recenzje itd.

Ratoń przeprowadził się do Warszawy. Nie leczył gruźlicy, nie potrafił bowiem podporządkować się sanatoryjnemu reżimowi. Wkrótce choroba zaatakowała kości, płuca i mózg. Nie był jeszcze zniszczony, ale czuł się zmęczony, opuszczony. Jako stały bywalec sanatoriów otrzymał niewielką rentę.

W Warszawie zbliżył się do środowisk literackich. Umysł miał jeszcze ostry, błyskotliwy. Żył ideami, pasjonowały go dyskusje. Zbliżył się do środowiska ZLP. Dzięki tym znajomościom zaczął też publikować swą poezję na łamach pism literackich m.in „Kulturze”, „Kierunkach”, „Więzi”. Wydał dwa tomiki swoich wierszy – „Pieśni Północne” w 1972 i „Gdziekolwiek pójdę…” w 1974. Prawdopodobnie dzięki wstawiennictwu znanego krytyka Juliana Rogozińskiego otrzymał od PEN Clubu dość prestiżową nagrodę Roberta Gravesa. Zaczął też coraz więcej pić.
Na początku lat 70 otrzymał też mieszkanie na Emilii Plater.

Kilka sukcesów nie zmieniło jego losu, z góry skazanego na klęskę. Próbował się leczyć, ale zapału nie starczało mu na długo. Szybko stał się alkoholikiem, a choroba postępowała, potęgując dolegliwości gruźlicze. Wierszówki szybko przepijał. Goście, którzy wchodzili do niego z drzwiami zabierali mu grosze, jakie jeszcze miał. Pijał denaturę i brzozówkę. Spał na szmatach i butelkach. Mieszkanie zamieniło się w brudną, obrzydliwą norę. Upodobniło się do głównego lokatora.

Chory
Z wyjętymi wnętrznościami
Z wyjętym sercem
Z wyjętym mózgiem
Gnijący szkielet
Gnijące mięso
Gnijący grób
Zmurszały krzyż

Ratoń pisał dziennik. Trudny do odczytania, kartki pokryte bazgrołami, nie zawsze z sensem. Poplamione krwawą plwociną z prątkami Kocha. Umazane ropą i wszelkimi wydzielinami zniszczonego ciała. Z niego wiadomo co działo się z poetą.

Snuje się po całym śródmieściu. Cuchnący, przepity, cały we wrzodach. Kaszle, pluje krwią. Często poobijany, pocięty przez śródmiejskie męty. Odrażający, zmieniony fizycznie przez chorobę. Później autorzy różnych wspomnień, upamiętniając go jednym, jedynym zdaniem piszą: nieszczęśnik, chory na wszystkie możliwe choroby świata. Nikt mu nie chce pomóc, ani on nie chce pomocy. Zagłębił się w „agonię oddychającego jeszcze mięsa“. Już gonią go z ZLP, traci swój jedyny azyl. Nikt nie chce być obok niego, czuć zapachu rozkładu, słuchać jego żali do samego siebie. Ratoń psychotropy popija fioletową wódką i rusza w miasto. Jego stan psychofizyczny pogarsza się dosłownie z dnia na dzień. Leży gdzieś na uboczu, zmarznięty, głodny. Coś notuje. W przebłyskach świadomości jeszcze pisze wiersze, jeszcze rozprawia się z dziełami Nietzschego, Celina. Ta sprawność umysłu będzie coraz rzadsza, a to jedyna rzecz, która utrzymuje w nim człowieczeństwo. Na zewnątrz jest już rynsztokowym szczurem. 14.01.1983 odnaleziono go martwego w jego mieszkaniu. Nie wiadomo ile już tam leżał, prawdopodobnie około tygodnia. Ratoń spotkał śmierć, której się bał, którą chciał odegnać, ale znał ją dobrze i jej oczekiwał.

Nie zdzierajcie skóry z mojej głowy i pleców
Nie obnażajcie kości przed bezrozumnym słońcem
Nie wyrywajcie rąk i nóg
Nie zabierajcie ich ze sobą w beznadziejną wędrówkę
Nie przebijajcie twarzy i serca
Nie zostawiajcie tam zardzewiałych narzędzi
Nie kaleczcie ciała daremnie
Po cóż wam jego cierpienie
Po cóż wam jego gwałcona krew
Po cóż wam jego ból.
(***Nie zdzierajcie skóry…)

Ratoń to zupełnie inny przypadek poety wyklętego, poète maudit, niż Grochowiak, Stachura, to nie Sylvia Plath. To nie był człowiek nieradzący sobie z życiem. Żadnych tabletek i samobójstw, romantycznej legendy. Tu nie ma żadnej pozy, żadnego czarnowidztwa. On umierał codziennie, wśród bólu wrzodów gruźliczych, wśród ataków pijackiej padaczki. Wielokrotnie budził się z długich stanów agonalnych zdziwiony, że jednak żyje. Wielokroć nieleczona choroba dawała mu dawkę bólu, która pozostawiała go bezsilnego na granicy świadomości. Zżerało go szaleństwo, owoc gruźlicy mózgu, alkoholizmu i psychotropów w zabójczej mieszance. Nie wiedział czy chce śmierci, czy chce od ludzi choć kawałek przynależnego im świata żywych. Czy chce szacunku, empatii czy chce być Chrystusem w swej chorobie. Czy odrzuca wiary i dogmaty, czy chce narzucić ludziom swoje cierpienie. Ratoń nie wybrał dobrowolnie odejścia z tego świata. Los narzucił mu torturę powolnego umierania, a to, czym koił swój ból tylko przyśpieszyło wykonanie dawno wydanego wyroku.

Nigdy nie stał się znany, a dziś jest niemal kompletnie zapomniany. Poezja Ratonia nie należy do łatwych. Jest obsesyjna, pogmatwana, jej motywy to się powtarzają, to się wykluczają. Często brak tu pięknych poetyckich wyrażeń. Ratoń daje nam obraz żywego trupa, a ból ropiejącego ciała jest wyznacznikiem jego istnienia, sygnałem, że jeszcze żyje. Jest to obraz przerażająco prawdziwy, niemal dokumentalny. Dla nas, ludzi zdrowych, jest to kompletna abstrakcja. Stan terminalny śmiertelnej choroby. Z długim terminem i z taką dawką cierpienia, że nie wiadomo czy cieszyć się danym czasem, czy modlić się o szybki koniec. Ratoń nie miał z czego się cieszyć, ale ostatkiem sił uciekał od nieuchronnego końca.

W dzisiejszym świecie umieranie to temat tabu. Gdzieś są te wszystkie hospicja, ale czy musimy wiedzieć gdzie dokładnie ? Dziś trzeba być pięknym, trzeba być sprawnym, uśmiechać się, być zadowolonym z życia i spełnionym. W dzisiejszym świecie nie rozmyśla się o chorobie, cierpieniu. To się przydarza innym, ale nie nam. Chorzy i umierający nie żyją w naszym świecie. Istnieją w innej sferze, której należy współczuć, trzeba czasem dać na nią kilka złotych lub 1% podatku. Broń Boże o niej myśleć, bo jeszcze, tfu, sam się tam znajdziesz.

„Obcując z potworami, uważaj abyś nie stał się jednym z nich. Bo kiedy patrzysz w otchłań, otchłań może zacząć patrzeć w ciebie”. Ratoń, jako miłośnik Nietzschego, musiał znać ten cytat i może w ten sposób tłumaczył sobie fakt, że wszyscy odwracali od niego wzrok, ludzkie obrzydzenie względem jego osoby, stan kompletnej alienacji, opuszczenia ? Może dlatego ohydny kloszard, w jednym bucie, w rozbitych okularach, zionący podłym alkoholem musiał odejść w zapomnienie.

Boga znienawidź a zaznasz świętości
Która ci spokój przyniesie i chwałę
We wszystkich walkach jakie toczyć będziesz
Nim śmierć spragniona przejmie życia trwogę

Boga znienawidź a Bogiem się staniesz
U boku miłość i świętość usiądą
Trójcą się staniesz w swoim bladym ciele
I świat pojednasz nim zejdziesz do grobu

Jeśli żyć chcecie nie szukajcie wiary
Groza zwątpienia niech wam umysł ściska
Gdziekolwiek wieczne palą się ogniska
Nie dla was płoną nie do was zdążają

Jeśli żyć chcecie nie szukajcie celu
Chodźcie wśród ludzi w szaleństwie pogodni
Gdziekolwiek szczęście myślcie o złudzeniach
Które są gorzkie głębiej niż konanie

Mój Bóg nie umarł i wciąż żyje we mnie
Widzę go we śnie i w trwodze porannej
Unosi chory nad milczącą ziemią
I szuka światła w moim małym sercu

Mój Bóg nie umarł jeszcze i wciąż mrok rozjaśnia
Rozpędza chmury i głodne zwierzęta
Przynosi leki w chorujące ciało
Zapala ognie gdy padam zlękniony

Wy którzy nigdy słuchać mnie nie chcecie
Opuście czoła gdy umierać zacznę
We wrotach grobu wszystko wam przebaczę
Nawet te rany które nie chcą zasnąć

Wy którzy nigdzie widzieć mnie nie chcecie
Otwórzcie oczy gdy zachodzić zacznę
Bo pozostawiam źródła takie czyste
Że tylko w śmierci pojmiecie ich jasność

(“Przenikanie ciała” – fragmenty)

Facebooktwittergoogle_plusmail
0 x skomentowano… Dodaj komentarz

Skomentuj…