Wspomnienie o Tadku

Swego czasu lubiłem kończyć szlajanki po mieście gdzieś nad Wisłą. Po przejściu tych kilkunastu kilometrów z Woli, gdzie wtedy mieszkałem, przez podwórka i zakamarki Śródmieścia, Powiśla lub Solca, zwykłem siadać nad Rzeką, otwierać piwo, ewentualnie schłodzone ćwierć. Swego czasu nosiło mnie na Port Czerniakowski, za drewnianymi budami Straży Miejskiej.

Ta część portu już dawno straciła swoją funkcję, a jak woda była nisko to wychodziły na wierzch  resztki pochylni.  WTW coś tam jeszcze działało tuż obok, ale w letnim słońcu przystań nawet nie starała się imitować choćby biednego kuzyna śródziemnomorskiej mariny.

Mi to nie przeszkadzało. Była zielona trawka, były drzewa, nikt nie przeszkadzał, można było dowoli napatrzeć się w nurt rzeki, ledwo słysząc szum aut zjeżdżających z Trasy Łazienkowskiej w kierunku Czerniakowskiej.

Tam pierwszy raz spotkałem Tadka. Z początku nie wdawaliśmy się w żadne rozmowy. I ja, i on byliśmy tu po to, by zaznać spokoju. Ja odpoczywałem od tempa i zgiełku miasta, on korzystał, na ile mógł, z dziadowskiej, wegetatywnej emerytury przy zakładzie, w którym przerobił całe życie. W części portu, którą sobie upodobał było tyle mułu, że na upartego przeszedłbym go w kaloszach. Całymi dniami taplał się w tym przegniłym dnie, mieszance piasku i przegniłych liści. Mulisty, zatęchły akwen służył mu za zagracone, od dawna niesprzątane mieszkanie.

Kiedy bym nie przyszedł to go tu zastałem. Stary, zmęczony typ. Zgarbiony, taki… zardzewiały. Już marne miał życie i powoli tonął w tej bidzie. On widział, że co i raz tu wpadam. Tak to bywa, nie znamy się, ale mijamy się często i się rozpoznajemy, aż przyjdzie czas, niby przypadkiem, że się zapoznamy. Tak było ze mną i z Tadkiem. Pewnego dnia siadłem nad wodą i wysłuchałem jego historii.

Żaden thiller i żadna sensacja. Kolejny gość, który został zrestrukturyzowany, nie był już specjalnie potrzebny w tej nowej Polsce. Zrobił swoje, przeharował swoje roboczogodziny i wyrzucono go na margines życia. Wystawał więc na Porcie Czerniakowskim, gdzie upłynęło jego pracowite życie. Nie umiał już na siebie zarobić, jak i cały jego zakład pracy. Więc stał tu, czekając co przyniesie los i chyba wiedział, że nic dobrego. Gdzieś z tyłu głowy czuł, że zabiorą go któregoś dnia, a nikt z sąsiadów nawet nie zauważy jego zniknięcia. Może kiedyś mimochodem któryś wspomni, że dawno go nie widział. Żaden się nie przejmie, że więcej go nie spotka. Nie trzeba już oglądać zgorzkniałego dziadygi. W sumie wygodniej…

Tadek urodził się w Krakowie w 1962 roku. Nie może tego pamiętać, ale w dokumentach ma wpisane, że urodził się przy ulicy Stoczniowców, matka Krakowska Stocznia Rzeczna, ojciec mgr inż. Tadeusz Buczkowski. Niczym się nie wyróżniał, jako już 107 na świat przyjęty w swoim szpitalu położników-stoczniowych sprawaczy. Mierzył  18,84 m wzrostu, szerokości  3,70 m, wysokość burt 1,30 m, całkowita 3 m, jego zanurzenie to 0,65 m. Jego spalinowe serce powstało w wolskim Nowotce, miało 6 cylindrów, 150 KM mocy, a numer seryjny 3339. Tyle mówią dokumenty. Tadek był porządnym, dobrze wykonanym i dobrze zapowiadającym się holownikiem serii HR-150.

Swoje zawodowe życie rozpoczął młodo, już w czerwcu ’62 najął się do pracy w Warszawskich Zakładach Eksploatacji Kruszywa, gdzie robił ze starszym bratem, Witkiem. Młodsi bracia też przyszli tu po szkole, Mieczysław, Ryszard i Sylwester. Przepracował tam prawie 30 lat. W 1990 został zwolniony.

– Wiesz, moi kumple z klasy wożą dziś turystów na Mazurach. Osiem dych mają od łebka. Osiem dych ! Pofarciło im się, co ? Jeden jest nawet prywatnym statkiem. Szycha. – mówił.

– Kilku poszło na żyletki, co prawda. Takie życie, czas leci, nie młodniejem i różnie się układa – wspominał Tadek.

– A ja ? Zobacz, kurwa, co z nami zrobili. Nie ma już tam barek. Nie ma chłopaków z Portu Praskiego. Mało komu wyszło, większość, wiesz, Gilette. Ryja nimi golisz. A ja ? Po co ja komu ? Co ze mną będzie ? – pyta, retorycznie chyba.

I  co ci miałem powiedzieć, Tadziu ? Bo ja to wiem niby, co ze mną jutro będzie? Takie czasy kurewskie, bracie. Co, myślisz, że od Ciebie pierwszego taką historię słyszę ? Pełny mam łeb tego i głupie przeczucie, że my, młodzi, w dużej części idziemy w te samą stronę.

Minęło kilka lat, mnie się zaczął kolejny etap życia, coraz rzadziej siadałem z piwem nad Rzeką. Praca, związek, małżeństwo, dziecko. W kierat wpadłem. Kilka razy zaszedłem na Port Czerniakowski. Podobno będzie zrewitalizowany i stanie się fajnym miejscem, będą spracery, będzie rekreacja.

Tadka już nigdy nie spotkałem. Co się z Ttobą stało, chłopaku ? Któryś kumpel ściągnął Cię na Mazury ? Mam nadzieję…

Facebooktwittergoogle_plusmail
2 x skomentowano… Dodaj komentarz
  • Paweł 28/04/2016, 11:08

    Jak lavinka go widziała, to może i ja zobaczę, będę tam w maju, zarysy powinny się zachować, co nie omieszkam poinformować.

  • lavinka 16/07/2015, 16:24

    Ojej, on tam nadal stoi? Widziałam go dobrych lat wiele temu, na w poły zanurzony, myślałam, że go już dawno zabrali. Dobre przyczajenie to klucz do sukcesu (przetrwania). Coś haj Błękitna Fala, przycupnęła sobie w krzaczkach i najgorsze chwile przeczekała. A jak ją odholowali w lepsze miejsce, to złom już nie tak w cenie i nie opłacało się ciąć. ;)

Skomentuj…