Ulica Garbińskiego

Nie jest to ulica, z której zrobisz materiał na książkę „Pani Chłodna”, a jedna z tych zwykłych, wąskich, nic nie znaczących. Kiedyś polna droga, dziś osiedlowa uliczka, stopień wyżej od ul. Droga Wewnętrzna. Od momentu powstania tuż przed wojną znaczyła tak mało, że w archiwach Biura Odbudowy Stolicy nazywa się Gardyńskiego. Nie znalazłem Gardyńskiego tak niewygodnego komunie, żeby go na aż Kajetana Garbińskiego zmienić. Właściwie to nie znalazłem żadnego znanego Gardyńskiego. Moja ulica była tak marginalna, że nawet sprawdzać jej nazwy nie było warto.

A dla mnie ma coś… Coś, czego nie poczuje człowiek wychowany na KENie, czy innym Bemowie-Lotnisku. Tutaj się urodziłem i spędziłem znaczną część życia. Tu, między blokami z wielkiej płyty był kiedyś klimat starego przedmieścia. Małe domki, na nich tabliczka, latarenka z numerem komisariatu, podświetlona żarówką. Ludzie, co mieszkali tu jeszcze przed wojną. Była studnia, były piece kaflowe, była kuchnia węglowa. Latem przydomowe sady pachniały wiśnią, jabłonią…

Przed samą wojną postawili tu kilka domków. Narożną dwójkę, czwórkę, co ją teraz administracja przejęła, otynkowała i im się jakoś żyje. Szóstkę u Kucharskich, gdzie się dach zawalił i na strychu spora brzoza rośnie, a miejscowe sztajery wieczny bal tu mają. Ósemkę, Łasińskich Mariana i Apolonii, co to już nie żyją, a dom też powoli umiera. Dalej była dziesiątka, Pierzynowskich, rozebrana dawno temu pod bliźniaki, gdzie w jednym burdel był i się dziewczynki topless opalały, a ja zbyt mały byłem, żeby się zainteresować. Dwunastka, też otynkowana i dalej ceglany domek pod osiemnastką, ukryty w głębi podwórza. To te przedwojenne, Emfiteutyczna Kolonia Wola, czyli z tego, co ja rozumiem masz parcelę w wieczyste, a dom sam sobie buduj.

Reszta mnie nie interesuje, drugie, nieparzyste pół ulicy to już osiedle, blokowisko, uliczka jakich sto…

Ja się pod ósemką urodziłem. Dom powstał przed samą wojną. Z tego co wiem, to rodzice śp. Polci Łasińskiej postawili jej chatę jako ślubne wiano. Pochodzili chyba z Jelonek. Do wojny nawet nie dokończyli, stanął tylko parter. A może tak miało być ? Po wojnie to znacjonalizowali, ileś lat później Elbud dobudował piętro na mieszkania służbowe. Podobno miał być wewnątrz Garbińskiego jeszcze jeden blok, ale nie mieli gdzie ludzi poprzenosić. Nie wiem kto mieszkał przed nami, ale podobno był mocno trunkowy. Żona go musiała złościć i po pijaku do domu nie wpuszczać, bo w drzwiach były ślady uderzeń siekierą.

Z tematem nacjonalizacji wiąże się anegdotka, jak to Pani Apolonia poszła do Rady Narodowej i wyraziła co sądzi o Dekrecie Bieruta. Wyraziła w, mniej więcej, takie słowa – „a wy, skurw…ny, jak do fabryki ulotki PPSu nosiłam to dobra byłam, a teraz to co, kamienicznik, burżuj ? Ja p…. taki socjalizm !”. W tych czasach taki ton wymagał odwagi równej wzburzeniu właścicielki. Jej mąż, Marian, latem wystawiał przed dom krzesełko i długie godziny siedział, wygrzewając się w słońcu i obserwując życie ulicy. Póki mógł, wychodził na krótkie spacerki, podparty swą nieodłączną laseczką. Na podwórko mógł wyjść byle jak, na ulicę zawsze odstawiony. Jak to na przedmieściu, fason… Właściciele oboje zmarli jakoś w latach 90tych. Dziś nawet nie wiem, kim byli przed emeryturą. Chyba wszyscy, którzy mieszkali tu „od zawsze” poumierali. Nie ma już komu opowiedzieć, jak w koło były łąki, glinki i pola kapusty…

W koło domu był ogród. Moje okno wychodziło na wielką wiśnię, sięgającą powyżej dachu. Wiśnia była spróchniała, miała wielką dziuplę zatkaną worem z trocinami. Z domu mogłem zrywać kwaśne owoce. Była grusza, dwie śliwy, porzeczki. Ze studni ciągnęło się wiadra wody do podlewania ogródka. Zawsze suszyły się długie rzędy bielizny… To było dobre miejsce na dzieciństwo…

Dziś z najstarszych mieszkańców nie pozostał nikt. Sad zarósł, wiśnia wycięta, studnia zasypana. Pamiętam, gdy zimą zimno tu było jak w psiarni. Ściany pękały, pod nieszczelnym dachem rosły wybrzuszenia i robiliśmy zakłady czy dom padnie w tą zimę, czy w następną. Jak media zaczęły się urywać to i ja powiedziałem cześć, wysiadam, mnie tu już nie ma. Trzy lata tam nie byłem. Wreszcie któregoś dnia podszedłem na spacer. Od furtki do drzwi od klatki po kostki suchych igieł ze świerku. Furtka skrzypi. Na drzwiach od klatki skobel. Zgniłe listy w skrzynce od elektryczności. Brak tylko pustaka w okanch i tabliczki „grozi zawaleniem”. Trochę boli, że mój dom się kończy, zmierza ku ruinie. Miałem czas się przygotować, więc boli trochę mniej.

         Dziś piszę te słowa w nowym bloku na grodzonym osiedlu. Przypominam sobie, jak zazdrościłem ojcu wspomnień z dorastania na Starej Pradze. W drugim pokoju śpi spokojnie mój niespełna roczny syn. Boże, jak mi żal, że on takich mieć nie będzie…

 

Facebooktwittergoogle_plusmail
1 x skomentowano… Dodaj komentarz
  • Adam 06/04/2016, 12:26

    Cześć, Filip! Wczoraj byłem na Garbińskiego, włócząc się po starych, wolskich „śmieciach”. Niestety, jest jak przewidziałeś – dom „grozi zawaleniem”. Tak już niestety jest, że to co najcenniejsze w naszej warszawskiej tkance miejskiej idzie na przemiał, a powstają kolejne developerskie osiedla-potworki podobne do niczego.

Skomentuj…