Warszawa

Fort Odolany / W-Tscha

Fort Odolany

Dziś istnienie tego miejsca jest faktem znanym, choć może nie powszechnie. Nie jest tajemnicą, że fort znajduje się na opuszczonych działkach między Gniewkowską, Potrzebną, a Wagonownią Szczęśliwice. Te dziesięć lat temu, może i wcześniej, wiedziała o nim jedynie grupka pasjonatów, dosłownie kilka osób. W literaturze fort był opisywany jako niezachowany. Ja dowiedziałem się od kogoś, kto tu przez długie lata pracował na kolei. Może miał tam działkę, może ktoś mu powiedział, nie wiem. Człowiek gdzieś usłyszał, że się interesuję takimi dziwnymi rzeczami i powiedział mi „idź, tam coś jeszcze zostało”. Sam też próbowałem eksplorować te tereny. Trochę pamiętałem z dzieciństwa, kiedy włóczyliśmy się wzdłuż torów całym światem, wiedziałem więc, że na Odolanach nie trudno o ciekawe znaleziska. Dopiero mając relację, że na pewno coś zostało po forcie, po prostu przeszukałem metr po metrze tamten kawałek. W końcu – jest ! Betonowy schron, ze zwalonym słupem z drutem kolczastym. W środku śmietnisko. Ciężko było coś dojrzeć przez wszechobecne krzaki. Zaraz obok schron przeciwlotniczy. Kawały grubego, ceglanego muru rozrzucone po okolicy. Raczej nie od fortu, bo nie posiadał on ceglanych koszar, kazamat itp.

Uczucie, gdy go znalazłem – nie do opisania. Jakbym odkrył nowy ląd, wdrapał się na najwyższą górę, dotknął wielkiej tajemnicy.

Zagadka nie była trudna i nie ja jeden postanowiłem sprawdzić istnienie fortu. Temat zaczął pojawiać w sieci. Bywam na Odolanach bardzo często, również w weekendy. Zacząłem zauważać niewielkie wycieczki idące w tamtą stronę. Miejsce straciło dla mnie swoją magię.

Schron na terenie Fortu Rakowiec

Fort Rakowiec

Fort Tscha-M nigdy nie był fortem z prawdziwego zdarzenia. Był to pośredni punkt oporu, ziemne dzieło obronne z fosą, dziś suchą, kiedyś zasilaną wodą z Potoku Służewieckiego i dwoma schronami amunicyjnymi. . Funkcję określa nazwa – Łączył Tscha-(Ścia-)-śliwice i M-okotów. Miał bronić Szosy Krakowskiej, ówcześnie (czyli 1889-92, bo wtedy powstawał) jednej z ważniejszych dróg Królestwa. Samo miejsce było z natury obronne. w czasie Powstania Listopadowego były tu szańce obronne. Dziś tego nie widać, bo obniżył się poziom wód. Dawno temu była tu podmokła dolinka Potoku Służewieckiego, teren dość trudny do przebycia.

Żywy trup z Emilii Plater

Jest początek lat 80tych. Czesław Miłosz, już noblista, wychodzi z Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu. Zaczepia go menel o wyglądzie bezdomnego, alkoholowego degenerata. Prosi o stówę. Znają go tu i nie przepadają za nim. Wystaje pod lokalem, krzyczy sam do siebie, urąga, zaczepia ludzi. Nie jest przyjemnym widokiem. Miłosz też go zna. Wyciąga plik pięćsetek i wręcza mu jedną ze słowami „Cóż to jest dziś sto złotych, panie Kazimierzu ?”.

W tym samym czasie na ulicy Emilii Plater dwóch lokatorów kamienicy pod czwórką spotyka się w bramie. Narzekają na jednego z współmieszkańców. Jest u niego melina. Ten fragment Śródmieścia ma swój przydział elementu, kwaterunek zrobił swoje, ale mieszkają tu też normalni ludzie. Do ich kamienicy schodzi się najgorsze towarzystwo. Dziwki zniszczone już zawodem, okoliczne lumpostwo, drobni kryminaliści, bez fartu w rozedrganych rękach. Wchodzą i wychodzą kiedy chcą. Chlają i zachowują się… nieobyczajnie. Mieszkanie cuchnie, pleni się w nim robactwo. I ten menel, co tam mieszka, gruźlik w końcowym stadium, koneser wódki z białą główką i wody brzozowej. Zakała kamienicy, strach na schodach się mijać.

Tym menelem był Kazimierz Ratoń, jeden z poetów pokolenia „Współczesności”. Prawdziwy poeta przeklęty. Żywy trup. Bardzo niewiele życia już wtedy w nim było. Tyle co nic. Wkrótce przestanie być wrzodem na tym ziemskim padole.

Budynki dawnej garbarni Józefa Konarzewskiego

Garbarnia Konarzewskiego

Tak jak Łódź była miastem tekstyliów, Warszawa swego czasu była miastem garbarstwa. Warszawskie garbarnie opanowały kawał rynku carskiej Rosji, podupadły dopiero po odzyskaniu niepodległości, tracąc tamtejsze rynki. Takie nazwiska jak Pfeiffer czy Temler były znane nie tylko w Stolicy. Zagłębiem tej gałęzi przemysłu były okolice Okopowej, gdzie oprócz wspomnianych Pfeiffrów, Temlera i Szwedego produkowali Weiglowie na Piaskowej, czy mniejsze zakłady na ulicy Spokojnej. W innych dzielnicach działały garbarnie także warte wspomnienia. Na przykład firma braci Jerominów na Grochowie.

Albo Konarzewskiego na dzisiejszej Ochocie.

Ruiny fabryki Polski Tlen

Polski Tlen na Mszczonowskiej

„Dowiadujemy się, że w najbliższym czasie zostanie uruchomiona w Warszawie przy ul. Mszczonowskiej Nr. 12 fabryka tlenu, pod firmą „Polski Tlen”. Fabryka ta, zaopatrzona w aparaty najnowszego systemu, będzie wyrabiała tlen dla celów technicznych i medycznych.”

Fort Szczęśliwice

Stadion, którego nie było

W księgarni na półkach taką książkę widziałem – „Stadion X, miejsce, którego nie było”. Było, było, pamiętam. Pamiętam też, że nikt nie wierzył, że uda się je zlikwidować. Jakoś się udało, a największy bazar Europy powolutku zaczął wyparowywać z ludzkiej pamięci. W efekcie dziś każdą panoramę Warszawy obowiązkowo ozdabia biało-czerwony kształt Stadionu Narodowego.

Był w Warszawie stadion, który został zapomniany znacznie szybciej. Żeby go znaleźć zacznijmy spacer od ulicy Stadionowej. Mieści się ona… Na Szczęśliwicach. Nie ma asfaltu, nie ma nawet tabliczki. Odkryć ją może tylko uważny obserwator mapy. Coś tam przy niej budują, jeszcze bardziej ją zasłaniając. Prowadzi do najwyżej kilku posesji. Właściwie to nie jestem pewien, czy gdziekolwiek prowadzi, jakoś nigdy nie miałem potrzeby w nią skręcić. Kierować się miała do stadionu, miejsca, którego nie było. W tym przypadku dosłownie.

Krzyż na ul. Bohaterów Września

Krzyż na Bohaterów Września

Był tutaj czas, że w niedzielę nie chodziło się na zakupy i obiad pod widoczną na zdjęciu kopułę. To był czas, gdy nie było tych wszystkich bloków, a do miasta było daleko. W okolicy były pola i luźno rozrzucone parterowe, na wpół wiejskie domki.

Ulica nie mogła upamiętniać Bohaterów Września, bo kalendarze nie doszły jeszcze do tego pamiętnego września. Miała wtedy za patrona Generała Józefa Bema.

Był czas, gdy w majowe popołudnia pod tym krzyżem zbierały się miejscowe starowinki i słychać było pieśni maryjne.

Browar na Grzybowskiej

Był kiedyś browar na Grzybowskiej…

Takie budynki można znaleźć gdzieś na prowincji, najprędzej poniemieckiej, jako przymajątkowe spichrze, młyny, jakieś małe wytwórnie. Czasem bardziej zdobione, z pruskim murem lub jakimiś niby-gotyckimi tematami. Ileż ja kilometrów przeszedłem po pruskim Oberlandzie, żeby coś takiego zobaczyć w jakimś rozpadającym się pojunkrowskim majątku, przemienionym w popegeerowskie mieszkania.

W ten sposób budowano tak dawno, że w naszym porozbijanym mieście jest to już prehistoria. Budynek ten powstał w XVIII wieku, nie wiem dokładnie kiedy. Mniej-więcej wtedy, gdy Grzybowska biegła na granicy Grzybowa i Wielopola, jurydyk podwarszawskich.

Garbińskiego dom nr 8, widok od podwórka

Ulica Garbińskiego

Nie jest to ulica, z której zrobisz materiał na książkę „Pani Chłodna”, a jedna z tych zwykłych, wąskich, nic nie znaczących. Kiedyś polna droga, dziś osiedlowa uliczka, stopień wyżej od ul. Droga Wewnętrzna. Od momentu powstania tuż przed wojną znaczyła tak mało, że w archiwach Biura Odbudowy Stolicy nazywa się Gardyńskiego. Nie znalazłem Gardyńskiego tak niewygodnego komunie, żeby go na aż Kajetana Garbińskiego zmienić. Właściwie to nie znalazłem żadnego znanego Gardyńskiego. Moja ulica była tak marginalna, że nawet sprawdzać jej nazwy nie było warto.

A dla mnie ma coś… Coś, czego nie poczuje człowiek wychowany na KENie, czy innym Bemowie-Lotnisku. Tutaj się urodziłem i spędziłem znaczną część życia. Tu, między blokami z wielkiej płyty był kiedyś klimat starego przedmieścia. Małe domki, na nich tabliczka, latarenka z numerem komisariatu, podświetlona żarówką. Ludzie, co mieszkali tu jeszcze przed wojną. Była studnia, były piece kaflowe, była kuchnia węglowa. Latem przydomowe sady pachniały wiśnią, jabłonią…