Warszawa

Related Media: Warszawa

Ostatni kolejarz z Radzymińskiej

Kiedyś, wspominając kolejową Mszczonowską, pisałem też o nieistniejącym domku dróżnika od Warszawsko-Kaliskiej Drogi Żelaznej.  Domu, który stał i niszczał wiele lat, zamieszkanym przez jakiegoś abnegata, z wodą stojącą w piwnicy, z wybitymi szybami. Człowiekowi się zmarło i dom przestał istnieć.

Z innej strony Warszawy, przy innej linii, tym razem dawnej Warszawsko-Petersburskiej, stoi inny, lecz o podobnym życiorysie dom kolejowy. Radzymińska 94.

Drewniany Grób

U mnie w rodzinie tradycja była, że jak na groby chodziliśmy to kupowało się plus dwie-trzy świeczki i nadwyżka szła na opuszczone groby. Na Bródnie to w te resztki z lat 30-tych, może wykupione gdzieś na obrzeżach pod murem, może łaskawie pozostawione przez biznes katolickich dobrodziejów, wszystko jedno. Na ewangelickim to akurat zawsze było gdzie [...]

Śmierć ulicy Porcelanowej

To jest taka ulica, co ja tą ulicą nie chodzę, choćby mi było po drodze. Na tej ulicy nie było bruków, nie było asfaltu, jak nią idziesz to noga kilka centymetrów w dół ci leci, jak na jakim bagnie. Nie martw się nic, nie wpadnie Ci dalej, nie wciągnie Cię. Najprawdopodobniej nigdy nie będziesz miał po co nią iść. Ta ulica od dawna nie żyje.

Gdzie leży ta ulica ? Leży na zachodnich przedmieściach Warszawy. Gdzieś tam, gdzie ziemia była gliniasta i nie jeden zrobił interes to na cegle, to na fortach, czyli w sumie też na cegle. Gdzieś w bliskim Sznajdrów i Oppenhajmów sąsiedztwie.

Hier ruht in Gott

Tu leży, spoczywa w Bogu po niemieckiemu… Zupełnie jak na co drugiej górce za niemal każdą wsią i miasteczkiem w moim kochanym ostprojsen. Zapominiane pomniki poprzednich i w sumie co się oszukiwać, prawowitych gospodarzy tych ziem. W moim Stadt jest wszystko, zapomniane poniemieckie cmentarze też, mimo że tu od zawsze jestem u siebie.

Sprawa Burmajstra, czyli bikiniarze to są ludzie tacy…

„chuliganie to są ludzie tacy,

mają w dupie dyscyplinę pracy,

jazz, boogie-woogie, boogie-woogie, jazz

A ludowa władza

do paki ich wsadza”

Chodzi o młodzieżową subkulturę miłośników jazzu z lat 50-tych, czyli bikiniarzy. Nie mam pewności co do genezy wersów zaczynających się od „chuliganie…”, bo wszystkie znane mi źródła opublikowano pod czujnym okiem czerwonego cenzora. Być może jest to jakiś propagandowy wymysł oczerniający młodzież, która nie chciała biegać w ZMPowskich mundurkach i budować ludowego szczęścia, po równo dla wszystkich, po równiej dla równiejszych. Mam za to teorię, graniczącą z przekonaniem, że sami zainteresowani podśpiewywali sobie „bikiniarze to są ludzie tacy…” dla śmiechu. Z odpowiednią dozą ironii piosenka brzmi… tak, jak potrzeba. Ludowa władza miała na pewno mniejsze pokłady poczucia humoru, bo linijka „do paki ich wsadza” nie jeden raz ciałem się stała.

Kolejowa Mszczonowska

Ulica Mszczonowska, zwłaszcza po wolskiej stronie torów, należeć będzie zawsze do moich ukochanych ulic. Ta ulica to dziesięc lat mojego życia. W tym większa część takich, kiedy wierzyło się, że to dopiero początek i dalej będzie tylko lepiej, prosto w kierunku zajebiście.

Nie ma na niej nic specjalnego, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Dziś pominę fakt, że jest to „dzielnica cudów”, przynajmniej była, bo od dawna tam nie bywam. O tym innym razem, do którego przymierzam się już ze dwa lata. Jest lub było na niej trochę śladów historii Miasta. Było przemysłowej dopóki stał spalony Polski Tlen. Jest warszawskiego AK, bo stoi, przeciętnie w oryginale, ale stoi szubienica – efekt „Wieńca” i wysadzonych torów. Było-nie było z Redutą Ordona, ale to gówno prawda i nie po tej stronie torów. Najważniejsze – jak cała okolica, ulica Mszczonowska nierozerwalnie związana była i jest z koleją. Pełna była śladów kolejowej historii. I jest, mimo niedbania i usuwania. Tędy jechały pociągi, co ruszały z rogu Alej i Żelaznej, ale tylko do 1915, czyli te od Kolei Warszawsko-Kaliskiej. Najprawdopodobniej ją, w formie carskiej, wojennej czy polskiej już obsługiwały te wszystkie obiekty. Wilyczanke czas zacząć.

Dobrowoj czyści albę na komunię, albo odwrotnie

Od początku wiedziałem, że na Pragę przez Grochów się nie jeździ. Cóż zrobić, ten tramwaj był pierwszy, a mi się czekać nie chciało. Nie mam na Grochowie specjalnych znajomości, więc szansa mała, że kogoś spotkam. Jednak się stało. Problem jest w tym, że więzy koleżeńskie lubią się tworzyć na wspólnych pasjach. Tak było i tu, a widząc znajomą mordę, wiedziałem, że sprawa oprze się o bufet.

[…]

Zaszliśmy więc w bok od Grochowskiej, bo po co ma kto widzieć. Dobrowoja, Modrzewiowa, te okolice. No i ten kolega – „ty, ty mądry jesteś w sprawy miejscowe, po co ten neon tu na winklu jest, jakoś tak, mniej więcej, od zawsze ?” Coś do komunii tu było ? Nie chyba, ja pamiętam, że magiel ?”

Moje przedmieście…

Moje przedmieście leży gdzieś na uboczu, choć do Śródmieścia droga stąd prosta i krótka. Od pędzącej stolicy oddzielają je dziś wiadukty tras komunikacyjnych i tory kolei. Możesz żyć w tym mieście 40 lat, a jego nazwa nic ci nie powie. Nie jest ona nikomu do niczego potrzebna.

Jest tu krzyż i kapliczka, pod którymi nikt już się nie modli i nikt nie śpiewa nabożnych pieśni. Jest kilka starych domów i kilka uliczek. Jak je taryfiarz je z miejsca skojarzy to musi być, że już dobrze siwy, ewentualnie z okolic.

Zostało kilka starych domów. Tyle tylko, co znajomych wciąż nazwisk. Cegły murszeją, stropy walą się w ślad za śmiercią swoich właścicieli. Ustępują pseudo-willom rodzącej się klasy średniej, ustępują kameralnym inwestycjom w prestiżowej lokalizacji, albo i odwrotnie. Fakt, blisko stąd do biurowców, tych w szkle od podłogi po sufit, a żyć tu można jak w mieście-ogrodzie.

Dziś każdy zburzony dom, każde podwórze zarośnięte po pas zmienia moje dziecięce wspomnienia w cmentarny krajobraz…

Ulica Ordona - plac z kontenerami

Szara ulica Ordona

Ordona, szara kostka brukowa, szare budynki, szary pył wzbijany wciąż kołami ciężarówek. Ludzie o szarych twarzach, idący do swej szarej pracy. W tygodniu jest tu wielki ruch, kierowcy korzystają ze skrótu na Włochy i dalej w Nowe Aleje. Prosperuje tu sporo firm, głównie transportowych. Transport jest tu obecny od wielu, wielu lat. Ordona to przecież wielki kompleks hal przeładunkowych od Warszawy Głównej Towarowej. To ogromny budynek magazynów WSSu. Wciąż widać tu te wszystkie bocznice, stoi jeszcze kolejowy szlaban. Kiedy wprowadzono do Polski transport kontenerami stacja z Ordona była pionierem. Spedcont, który tam siedzi do dziś wywodzi się przecież z PSK (Przedsiębiorstwo Spedycji Krajowej).

Tu się przyjeżdżało po towar rozładowany z kontenerów czy krytych wagonów. Szajs typu węgiel, kruszywa itp. szedł raczej na Gdański. Tutaj była rola szofera, żeby sobie pokręcić. Jak ktoś miał dostęp do towarów to zawsze znalazła się lista. A to stolarni, która przyjmie dowolną ilość desek, a to spółdzielni tapicerskiej, co gąbki do woli kupi i tak dalej, zależy coś miał za towar. Ktoś mi opowiadał, że w tych czasach wozili węgiel, dwóch ich było do tego zajęcia. Każdy myślał, że ten drugi zawiezie węgiel do firmowego odbiorcy, on zaś przeznaczony jest do załatwienia klienta właściwego, czyli swojego. Na drugi dzień okazuje się, że ani węgla, ani kwitów na odbiór, ani nic. Przyszedł dyrektor, mówi, że go to ch…, do piątku węgiel ma być. I był, i jakoś wszystko grało, jakoś każdy żył. Inna sprawa, że w ten sposób i bez Wałęsy by to wszystko upadło.

Domki kopułowe (kopulaki) na ulicy Ustrzyckiej

Kopulaki na Ustrzyckiej

Ustrzycka to niewielka, boczna uliczka od 1 Sierpnia. Mało znane miejsce, bo leży poza głównymi szlakami Grójcieckiej-Krakowskiej-Żwirek. Zazwyczaj jest zastawiona samochodami, że ledwo się można przecisnąć, nikogo więc nie kusi do robienia skrótów. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym wśród dziesiątek takich samych. Uwagę zwraca jedynie nietypowy kształt zabudowy, bo część posesji zabudowana jest grzybkami, jak w scenografii do wioski smerfów.

To osiedle „Zakątek”, znane pod potoczną nazwą kopulaków, jeden z bardziej nietypowych projektów urbanistycznych PRLu. Dość niespotykana forma domków była wynikiem ówczesnych przepisów. Tendencja była taka, żeby powciskać ludzi w bloki, a jak już muszą mieć dom to nie zaraz willę, a góra takie większe pudełko. Dostępność materiałów też była bardzo ograniczona, w tym czasie Warszawa jeszcze się odbudowywała, a już rozbudowywała.