Praga-Południe

Dobrowoj czyści albę na komunię, albo odwrotnie

Od początku wiedziałem, że na Pragę przez Grochów się nie jeździ. Cóż zrobić, ten tramwaj był pierwszy, a mi się czekać nie chciało. Nie mam na Grochowie specjalnych znajomości, więc szansa mała, że kogoś spotkam. Jednak się stało. Problem jest w tym, że więzy koleżeńskie lubią się tworzyć na wspólnych pasjach. Tak było i tu, a widząc znajomą mordę, wiedziałem, że sprawa oprze się o bufet.

[…]

Zaszliśmy więc w bok od Grochowskiej, bo po co ma kto widzieć. Dobrowoja, Modrzewiowa, te okolice. No i ten kolega – „ty, ty mądry jesteś w sprawy miejscowe, po co ten neon tu na winklu jest, jakoś tak, mniej więcej, od zawsze ?” Coś do komunii tu było ? Nie chyba, ja pamiętam, że magiel ?”

Niekłańska 19, nieistniejąca ruina domu rzeźbiarza Stefana Momota

Ruina z Niekłańskiej, Armia Czerwona i Pałac Saski

Z kategorii obiektów opuszczonych zawsze ciekawiła mnie ruina na Niekłańskiej, pod numerem 19-tym. W willowym fragmencie tej ulicy. Ogród zarośnięty jak dżungla w Gujanie. Na budynku po tynku ni śladu. Któregoś razu tam wlazłem, jakoś wczesną wiosną, żeby mnie roślinność nie zjadła podczas eksploracji. W domu znalazłem pomieszczenie z oknem od podłogi po sufit, na bank pracownia plastyka. Rozrzucone na posesji gipsowe fragmenty rzeźb i formy jasno wskazywały na specjalizację. Popytałem i usłyszałem personalia właściciela. Stefan Momot, rzeźbiarz. Będąc osobą obeznaną z rodzimą i współczesną sztuką piękną wszelkiego rodzaju, bez chwili wahania potrafiłem odpowiedzieć na pytanie, kim był ów rzeźbiarz. Nie miałem pojęcia. W sumie większość warszawiaków nie ma pojęcia. Dziwne, bo nazwisko związane jest z miejscem bardzo znanym, miejscem ważnym, acz kontrowersyjnym i nie przez wszystkich akceptowanym. Momot to autor pomnika znanego jako „Czterech śpiących, trzech walczących”, w skrócie „Czterech śpiących”. Praskie miejsce spotkań, takie miejscowe „Widzimy się pod Rotundą”. Niedawno dowiedzieliśmy się, że można już o nim mówić w czasie przeszłym, pomnik nie wróci na Pragę. Wielka szkoda, bo wpisał się w krajobraz tej części Miasta.

Bar Baron na Zamienieckiej

Bar Baron

O, mordownie warszawskie! Tak, żeby zacząć na modłę Tyrmanda. Każda dzielnica ma swoje knajpy, gdzie siedzą miejscowi i przepijają dochód, dzieląc się swoimi smutkami, sukcesami i przewagami. Przychodzą czasem chłopaki, którym nie wypada już siedzieć pod blokiem. Są też codzienni bywalcy, meble, znani w kwartale alkoholicy, którzy nie osiągnęli jeszcze poziomu menela spod sklepu. Każda knajpa ma swój charakter, swoje tematy, swój koloryt. Zazwyczaj znany tylko w najbliższej okolicy. Chyba, że lokal leży na skrzyżowaniu szlaków, wtedy zasila go klientela z „miasta” i robi się ciekawie. Było wiele takich knajpek, wiele jest rzewnie wspominana. „Fawory” na Żoliborzu, „Portowa” czy „U Kulasów” na Pradze, „Orłówka” na zbiegu Chmielnej i Żelaznej.

Grochów, właściwie Witolin, też miał swoje mordownie. Zamieniecka, róg Bełżeckiej na przykład. Ceglany, acz pobielony kurnik, dookoła drewaniany płotek ogradzający parasole. Na murze lokalu płachta z podchmielonym arystokaratą w lokowanej peruce. „Pub Nowy Baron”. Pomijam fakt, że pub to jest w Dublinie, a u nas chodzi się do knajpy, baru, lokalu, mordowni. Nowy Baron, nie może być inaczej, nawiązuje do lokalu o nazwie „Baron”, który istniał tu jeszcze przed wojna. Skąd ta niecodzienna nazwa ?