Emilii Plater

Żywy trup z Emilii Plater

Jest początek lat 80tych. Czesław Miłosz, już noblista, wychodzi z Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu. Zaczepia go menel o wyglądzie bezdomnego, alkoholowego degenerata. Prosi o stówę. Znają go tu i nie przepadają za nim. Wystaje pod lokalem, krzyczy sam do siebie, urąga, zaczepia ludzi. Nie jest przyjemnym widokiem. Miłosz też go zna. Wyciąga plik pięćsetek i wręcza mu jedną ze słowami „Cóż to jest dziś sto złotych, panie Kazimierzu ?”.

W tym samym czasie na ulicy Emilii Plater dwóch lokatorów kamienicy pod czwórką spotyka się w bramie. Narzekają na jednego z współmieszkańców. Jest u niego melina. Ten fragment Śródmieścia ma swój przydział elementu, kwaterunek zrobił swoje, ale mieszkają tu też normalni ludzie. Do ich kamienicy schodzi się najgorsze towarzystwo. Dziwki zniszczone już zawodem, okoliczne lumpostwo, drobni kryminaliści, bez fartu w rozedrganych rękach. Wchodzą i wychodzą kiedy chcą. Chlają i zachowują się… nieobyczajnie. Mieszkanie cuchnie, pleni się w nim robactwo. I ten menel, co tam mieszka, gruźlik w końcowym stadium, koneser wódki z białą główką i wody brzozowej. Zakała kamienicy, strach na schodach się mijać.

Tym menelem był Kazimierz Ratoń, jeden z poetów pokolenia „Współczesności”. Prawdziwy poeta przeklęty. Żywy trup. Bardzo niewiele życia już wtedy w nim było. Tyle co nic. Wkrótce przestanie być wrzodem na tym ziemskim padole.