Szara ulica Ordona

Dziś rzadko choćby przemykam tą ulicą, a przecież przez dziesięć długich lat była dla mnie codziennością. Chodziłem tędy tuż przed świtem i późną nocą, w sennej drodze do pracy i podczas znużonych powrotów. Byłem jedną z dziesiątków postaci, którym Odolany dawały chleb powszedni, porannym duchem spieszącym do roboty, ze zwieszonym łbem, jeszcze zaspany, w zakurzonych butach, z nogawkami ubłoconymi po kolana. Trzecią część życia byłem audytorium dla orkiestry sygnałów cofania od fadromek i ładowarek, słuchaczem codziennych prób generalnych i ostatnich koncertów. Do dziś słysząc ten dźwięk od razu czuję się zmęczony i klnę pod nosem: ja p…ę, znów ?

Ulica Ordona jest szara, pokryta szarą kostką brukową, szare są jej budynki, szary jest pył wzbijany bezustannie kołami ciężarówek. Ludzie o szarych twarzach zmierzają nią do swej szarej pracy. W tygodniu jest tu spory ruch, kierowcy korzystają ze skrótu na Włochy i dalej, w Nowe Aleje. Prosperuje w okolicy sporo firm, głównie transportowych.

Branża jest tu obecna od wielu, wielu lat. Ordona to przecież wielki kompleks hal przeładunkowych od Warszawy Głównej Towarowej. To ogromny budynek magazynów WSSu, świeżo rozebrany pod jakieś osiedle. Wciąż widać tu te wszystkie bocznice, stoi jeszcze (stał do nie tak dawna?) kolejowy szlaban. Kiedy wprowadzono do Polski transport kontenerami stacja z Ordona była pionierem. Spedcont, który tam siedzi po dziś dzień wywodzi się przecież z PSK – Przedsiębiorstwa Spedycji Krajowej, która to przetarła szlaki późniejszym Maerskom i Hapag Lloydom.

Tu się przyjeżdżało po towar rozładowany z kontenerów czy krytych wagonów. Szajs typu węgiel, kruszywa itp. szedł raczej na Gdański. Tutaj była rola szofera, żeby sobie pokręcić. Jak ktoś miał dostęp do towarów to zawsze znalazła się lista. A to stolarni, która przyjmie dowolną ilość desek, a to spółdzielni tapicerskiej, co gąbki do woli kupi i tak dalej, zależy coś miał za towar. Ktoś mi opowiadał, że w tych czasach wozili węgiel, dwóch ich było do tego zajęcia. Każdy myślał, że ten drugi zawiezie do firmowego odbiorcy, on zaś przeznaczony jest do załatwienia klienta właściwego, czyli swojego. Na drugi dzień okazuje się, że ani węgla, ani kwitów na odbiór, ani nic. Przyszedł dyrektor, mówi, że go to ch…, do piątku węgiel ma być. I był, z innej przewałki, i jakoś wszystko grało, jakoś każdy żył. Inna sprawa, że w ten sposób i bez Wałęsy skoków to wszystko pierdolnąć musiało…

Tutaj można było podjechać spuścić wachy. Każdy wiedział, jak z normy wyżyć. Ropę się do rowu nieraz lało, taniutka była. Benzynka, to był rarytas. Dlatego np. elitą byli kierowcy zamiatarek z MPO. Silniczek Skody na żółtą benzynę, niezła norma. Co, na bazie mają ukraść ? No i tu się zawsze znalazł chętny do nabycia. Co ja zresztą będę gębę naginał, cytatem można. Od najlepszego szofera z literatów i najlepszego literata wśród szoferów, czyli Hłaski Marka. Nie o Ordona, ale dobrze naświetla sytuację.

“Praca w WSS była bardzo ciężka; baza mieściła się przy ulicy Sokołowskiej – ja mieszkałem tuż przy Marymoncie. O czwartej rano musiałem być już “na bazie”, jak to się mówiło; wstawałem często o drugiej i maszerowałem przez Powązki. Szedłem śpiąc; można nawet i tak. Potem zaczynał się koszmar; silnik nie chciał zaskoczyć; trzeba się było kłaść pod karterem z zapaloną lampą benzynową, gdyż gorąca woda grzana dla nas przez nocnych kierowców pomagała tyleż co wyskakującemu bez spadochronu odmawianie pacierza. Wreszcie jechało się na “Zieleniak” – tam już czekali chłopi-badylarze, którzy jechali przez noc; Warszawa musiała mieć o siódmej rano warzywa. Jechaliśmy zawsze w czterech: ja, mój pomocnik, konwojent i ładowacz. Konwojent płacił chłopu gotówką, warzywa dzielono na trzy kategorie. Kategoria pierwsza była płatna najwyżej: konwojent wypisywał chłopu kwit na pierwszą i płacił za trzecią. Chłop nie miał wyboru; nasi konwojenci z WSS mieli umowę z konwojentami MHD. Jeśli chłop nie chciał sprzedać nie kupił nikt i musiał wracać do domu i wyrzucić warzywa. Zmowy tej nikt nie złamał: ani nasi z WSS, ani tamci z MHD; za to groziła, jak to nazywają gazety, “rozprawa nożowa”. Bardzo słuszna nazwa.

W ten sposób dorabiało się nieco na boku; kiedy wracaliśmy około godziny siódmej na bazę – czekała tam zawsze policja i sprawdzała, czy nie jesteśmy pijani; to już był punkt zahaczenia. Zajęcie ich o tyle było pozbawione sensu, że kierowca WSS – jak powiadają chłopi – “nie miał prawa” być trzeźwy. W tym celu zakupowano butelkę wódki, którą wręczało się policjantom czekającym “na bramie”. Tak robiliśmy my, kierowcy z Zieleniaka. Kierowcy z Ząbkowskiej, czyli “monopolowi”, dawali sobie radę na swój sposób. Wódkę ciężko jest ukraść, w wypadku stłuczenia butelki należy pokazać szyjkę z zalakowaną główką i załączyć protokół zniszczenia; ale na to szkoda było czasu. Nabywało się więc strzykawkę lekarską z igłą do zastrzyków domięśniowych; wyciągało się z każdej butelki setkę wódki i uzupełniało wodą.

Potem przeniesiono mnie z Zieleniaka “na rzeźnię”. Tam najciężej było kraść; ale kradło się i tam. Przy wjeździe na wagę kierownik rzeźni wypisywał wagę wozu, potem jechało się na halę okrężną drogą. Ja stawałem i mówiłem do pomocnika: “Zdzisiek, spuszczaj wachę.” Pomocnik kładł się pod wóz i otwierał kurek chłodnicy: w ten sposób wóz kładł się lżejszy o dwadzieścia kilo – tę różnicę inkasowaliśmy w mięsie. Potem, tuż za bramą rzeźni nalewało się znów wody. Wreszcie ci z rzeźni skapowali; wtedy spuszczało się benzynę. Gdzie “odpalało” się mięso – te dwadzieścia kilo – pozostanie moją tajemnicą.

Przekleństwem naszym, kierowców z WSS, była tak zwana “akcja ziemniaczana”. Jechało się wtedy po kartofle na wieś; ale kartofli sprzedać nie było komu. My, warszawscy kierowcy, i tu znaleźli kolorowego ptaka. Jechało się “na akcję” w kilkanaście wozów; lepsze wozy ciągnęły słabsze; licznik wybijał kilometry, a potem benzynę sprzedawało się taksówkarzom prywatnym. Miałem wtedy osiemnaście lat; pisząc o tym dzisiaj nie wstydzę się tego. Niech się wstydzą ci, którzy mnie do tego zmusili.”

Ten właśnie fragment, z innymi tylko nazwami przedsiębiorstw i baz, słyszę po raz kolejny od starszego dwadzieścia-trzydzieści lat kolegi. Jego akcja dzieje się w latach 70, może 80-tych, Hłasko to lata 50-te. Historyjka ma przyśpieszyć czas do fajrantu, nie pozwolić się nudzić w śmierdzącej tanim tytoniem szoferce. Jesteśmy trochę zmęczeni i niewyspani, bo tak dużo się wcale nie zmieniło. Nie jeździ się dziś po wódce, a metody “dorabiania” dzisiejszych kierowców są bardziej skomplikowane. No i po czternaście godzin się już raczej nie lata, może na gruszkach jak lanie betonu jest, może śmieciarze jak wioski robią. Została nam godzina krycia się w cieniu bocznej uliczki, Wschowskiej.

“Wprowadziłem się tu ponad dwadzieścia lat temu, a pracowałem już na kolei jeszcze z dychę dłużej. Kiedyś był tu spory ruch, ale nie było tych wszystkich sklepów w okolicy, ani cepeenu. No więc, złapała mnie ochota, żeby się wódki napić. Pytam się kolegi skąd tu jaką butelkę wziąć. Kazał iść do tego domu, wiesz, tego co go rozebrali, na rogu Ordona i Wschowskiej, że tam meta niby jest. Idę tam i po drodze się kapnąłem, przecież nie wiem pod którym numerem. Nie chciało mi się wracać, poszedłem na pewnego i… trafiłem. Myślałem, że to był dziki fart, dopiero kumpel wytłumaczył mi, że tam prawie w każdym mieszkaniu ktoś metę trzymał. Wódka o każdej porze dnia i nocy, bo o każdej porze chętni byli.”

Jak była chęć na cielesne wrażenia to też, owszem, może i się znajdzie, ale nie dziś, bo już jest inny dzień, innej godziny brakuje do fajrantu, siedzę z innym koleżką i słucham następnej historyjki o tej ulicy.

“Brakowało nam z półtorej godziny do fajrantu. Mieliśmy jeszcze nagranego cierpiarza, tu na Ordona. Paliwko mu mieliśmy ożenić. No to zajechałem, ściągnąłem, daję bańki pomocnikowi i wysyłam go do tego złotówy po dziendziory. Wraca mi zdziwiony i mówi, że tam za kontenerami pies stoi i gadać chce ze mną. Ja trochę wydygany, bo to wiadomo co on chcieć może ? A ten wiesz co do mnie, jebany ? Że też by chciał z 15 litrów. Musiałem się tłumaczyć, że ledwo dychę wycisnę. Pojechał zadowolony. A my co ? Rozdziałkowałem kasę i baza !”

A mi, jak tego słuchałem, przypominały się opowieści o praskim Różycu. Choć to nie ta skala, ale podobieństw nie brakuje. Podobna cwaniacka pomysłowość, zaradność. I wódeczka jak na Brzeskiej, bez żadnej trzynastej i bez żadnych kartek, choć znowu – nie ta skala. Różycki to był substytut galerii handlowych. Miejsca koncentracji cięższego transportu kołowego to inna specjalizacja. Taki PRL-owski Praktiker, OBI, Castorama. Ot, kolejne miejsce, gdzie na chwilę rozwiewała się szarość PRLu. Dla wielu miejsce tęsknych wspomnień. Że można było sobie wszystko załatwić, a źle to miał ten, co nic na wymianę nie miał. Że w dwa tygodnie po wypłacie przychodził dyrektor mówiąc: “Weźmiesz, k…a, Kowalski wreszcie te swoje pieniądze ? Co ja, bank jestem ?!”. A niejeden Kowalski czniał wypłatę, z lewizny mu starczyło.  To nie bajka, słyszałem takie opowieści z kilku niezależnych źródeł i nie przy jednej, tej samej butelce. Mówią chłopaki, że jakoś lepiej wtedy im było, młodość była i wypić zawsze za co było. I że oni byli Pan Kierowca wtedy.

Nie wiem, ja się dopiero wtedy rodziłem. Moja ulica Ordona to widok śmieci, ciężarówek, złomiarzy i poranna droga do pracy ładnych pare lat. To codzienne żmudne mordowanie resorów na nierównym bruku i dziurawym asfalcie sąsiednich ulic. Koledzy tęsknili do czasów, kiedy kręcili tu swoje kombinacje i dodawali życiu barw, niech chociaż będzie, że za pomocą ćwiarteczki po fajrancie. Dla mnie skręt z Kasprzaka w Ordona to było uderzenie nieznośnej szarości, tuż obok żywego, pełnego kolorów miasta. Niejeden raz żeśmy tu pili po robocie. Zazwyczaj na smutno.

Codziennie mijałem znane z widzenia twarze tutejszych robociarzy, ciągle te same. Jak któregoś widziałem o 4:30 w poniedziałek, to stówę można było stawiać, że do piątku trafi się codziennie o tej samej porze. O tej samej porze trafiał się złomiarz z wózkiem, który z upadku wielkiego przemysłu soc-epoki wyrywał swoje utrzymanie.

Dziś nadal ściskam szorstkie, spracowane dłonie, nawet gęby są niemal te same, ale nie jestem już dobrym słuchaczem ich historii. Dziś jestem wróg, chuj na kaczych nogach, krawaciarz i kołnierz. Sprzedać mogę dalej i nieprzyjemności będą, albo się przypierdolę, że pół godziny za wcześnie, że się gdzieś chowają.

Za dużo razy wypiłem u Kruszyny, za dużo butelek niosłem ze spożywczaka przy dawnym WSSie, ze stacji Anwimu, zwanej CePeeNem, żeby ich nie znać, tych chłopaków, reliktów dawnych czasów, żeby nie wiedzieć za czym tęsknią i w którą stronę kombinują. Zbyt wiele razy mnie wytrząsły tutejsze wyboje, zbyt wiele razy łapę podniosłem w pozdrowieniu, widząc, że ktoś znajomy jedzie na bazę lub z bazy właśnie wyruszył.

Pamiętam pierwszy raz, gdy mnie tu przygnało. Rozentuzjazmowany tłumek i stuningowane fury, ubodzy krewni Szybkich i Wściekłych, wizytę policji i szybką wystawkę na wszystkie strony. Pamiętam moment, lat sporo później, gdy obudziłem się, że znam tu każdy kamień, znam świecę kontrabandzistów i pewnie wszystkie miejscowe akcje. Pamiętam dzień, gdy wyszedłem z domu na Woli, a wróciłem przez tory na Ochotę, w miejsce, gdzie przewiozłem wszystkie swoje rzeczy.

Na Ordona wchodzą już deweloperzy. Zniknął domek, gdzie koleżka kupował na mecie gorzałę. Nie ma Świerczewskiego-VISa, buduje się jedno, drugie duże osiedle. Inne się zasiedla, już wykończone. Hale przeładunkowe przewijają się jako miejsce kolejnej inwestycji. Zanika szara ulica Ordona, powoli zastępowana przez bezpłciowe blokowiska, szumnie zwane osiedlami apartamentowców. Pewnie powinienem tam skończyć, mieć parkiet i terakotę, kuchnię na miarę, rano wyjeżdżać z podziemnego garażu.

Zamiast tego wracam w głowie do tej ulicy, którą trzymam we wspomnieniach. Stoi na niej jeszcze Świerczewski, a ja idę w kierunku Armatniej, mijam mały ceglany domek po prawej, zerkam w lewo i próbuję sobie wyobrazić podstację, która kiedyś stała na nieistniejącym kawałku Wschowskiej. Istniejący ma zabudowane obie strony, a na końcu przedwojenny słup średniego napięcia. Ceglany dom z numerem 17a, choć daleko w bok, ciągle należy do Ordona, nie ma nowego przydziału, ani zamurowanych okien. Za nim wciąż jest Waryński i coś tam się jeszcze dzieje. Jak zwykle jakaś ciężarówka ochlapuje mnie błotem, a ja nawet się nie złoszczę. Pod biurowcem od stacji przeładunkowej płyty chodnikowe są tak poluzowane, że bankowo zachlapie mnie stojąca pod nimi brudna woda. Nie rozpadły się jeszcze bramy na wielkie dziedzińce. Nikt nic nie buduje, jadą pierwsze śmieciarki, a ja skręcam już w Gniewkowską i słyszę pieprzony dźwięk sygnału cofania.

Na jawie będę odwlekał jakikolwiek kontakt z tą ulicą, tak długo, jak się tylko da. Jak już muszę ją minąć, to przez Armatnią, albo od razu ucieknę w CePeeN i dalej w Prymasa. Naiwnie wierzę, że póki nie przekonam się na własne oczy jak jest naprawdę, będzie tak, jak bym chciał, jak pamiętam. Jak pójdę i zobaczę, okaże się, że nie stoi w miejscu kawałek mojego świata, że i jego czas się ima.

Kawałek świata, gdzie robota jest ciężka, gdzie się nie wysypiam, ale mam dwadzieścia lat i wciąż wydaje mi się, że to dopiero początek, że jeszcze będzie fajnie i przyjemnie, że będzie kolorowo.

Jak już kiedyś pójdę, jak zobaczę jak to teraz wygląda, przypomnę sobie ulicę Ordona, która wryła się w moje życie, jej wygląd, kogo tu spotkałem i co słyszałem – a jak się okaże, że wtedy wcale nie było tak szaro ?

Facebooktwittergoogle_plusmail
5 x skomentowano… Dodaj komentarz
  • wlodi 15/08/2017, 11:25

    świetnie napisane

  • Do Sławka 08/09/2016, 00:11

    Witaj.
    Możesz mi napisać, gdzie był nr 15 przy ulicy Ordona?
    Byłem tak mały, że nie pamięta.
    Z góry dziękuję i pozdrawia.

  • Maciej 04/09/2016, 08:52

    Mozna urwac kola na tej nawierzchni. Ja jako lutnik czasami jezdze do hurtowni tapicerskiej ale wjezdzam od Prymasa a nie od Kasprzaka. Szkoda auta

  • Sławek 09/07/2016, 15:30

    Pochodzę z Ordona.Pamiętam jaszcze ruiny fabryki „Lilpop i Rau”.

  • Rudi 26/06/2016, 15:36

    Nie było szaro. Było pięknie. Teraz jest tak kolorowo, jakby ktoś pawia rzucił w galerii „sztuki współczesnej”.

Skomentuj…