Sprawa Burmajstra, czyli bikiniarze to są ludzie tacy…

„Mam dziesięć złoty, idę do kina,

w drodze mnie łapie Heine-Medina,

Heine-Medina, Heine-Medina, jazz”

 

i na tę same modłę

 

„chuliganie to są ludzie tacy,

mają w dupie dyscyplinę pracy,

jazz, boogie-woogie, boogie-woogie, jazz

A ludowa władza

do paki ich wsadza”

 

                A chodzi o młodzieżową subkulturę miłośników jazzu z lat 50-tych, czyli bikiniarzy. Nie mam pewności co do genezy wersów zaczynających się od „chuliganie…”, bo wszystkie znane mi źródła opublikowano pod czujnym okiem czerwonego cenzora. Być może jest to jakiś propagandowy wymysł oczerniający młodzież, która nie chciała biegać w ZMPowskich mundurkach i budować ludowego szczęścia, po równo dla wszystkich, po równiej dla równiejszych. Mam za to teorię, graniczącą z przekonaniem, że sami zainteresowani podśpiewywali sobie „bikiniarze to są ludzie tacy…” dla śmiechu. Z odpowiednią dozą ironii piosenka brzmi… tak, jak potrzeba. Ludowa władza miała na pewno mniejsze pokłady poczucia humoru, bo linijka „do paki ich wsadza” nie jeden raz ciałem się stała.

                Nie tylko przedstawiono ich jako chuliganów, patologię, nie tylko chłoporobotniczy lumpenproletariat z ZMP ścigał tych chłopaków i nie tylko milicjanci ich gnębili. Poza propagandą, utrudnianiem życia i bezpośrednią przemocą bywały mocniejsze akcenty. Najbardziej znany, najgłośniejszy przykład tzw. „Proces Bikiniarzy” z 1951 roku, od głównych oskarżonych zwany też sprawą Burmajstra-Wysockiego. Oskarżonych i, co było z góry do przewidzenia, skazanych winą nie było bikiniarstwo, a działalność antykomunistyczna, ale władze nie omieszkały nadać sprawie odpowiedniego wydźwięku, aby uderzyć w zbrodnię młodzieńczego buntu.

                Miłośnikom prozy Marka Nowakowskiego nazwisko Burmajster rzuciło się bankowo w oczy. Młodsi czytelnicy poświęcili zapewne chwilę na zastanowienie się cóż to za dziwna ksywa i… przerzucili kartkę. Tak przynajmniej wynika z mojej małej kwerendy i własnych doświadczeń.

Niezaznajomionym z twórczością Nowakowskiego przytoczę fragment.

„Natomiast z tyłu śródmiejskiego kwartału, na Wspólnej za kościołem Świętej Barbary, było cicho i spokojnie. Zadyszany gwar pełnego witalności i trujących miazmatów miasta nie dochodził tutaj wcale, z jednej strony za ogrodzeniem na podmurówce rozpościerał się dziedziniec kościelny z masywem kościoła parafialnego i małą kaplicą […]

Nietrudno więc było, nasyciwszy się wielkomiejskim czarem w „pępku miasta” przejść kilkadziesiąt metrów dalej, by zażyć spokoju i oddać się kontemplacji na tym odcinku ulicy Wspólnej, gdzie dominował kościół Świę­tej Barbary. Lecz idylliczny charakter tej strony ulicy uległ zmianie. Czasy nastały trudne i czujność wobec wroga obowiązywała jako zasada nadrzędna. Pewnego jesiennego dnia zaroiło się tutaj od mundurowych i tajniaków. Podjeżdżały cytryny, willysy. Odbyła się wielka akcja osaczania wroga klasowego, reakcyjnego podziemia, dywersantów, szpiegów. Sfora ogarów penetrowała cały obszar. Kabewiacy z pepeszami gotowymi do strzału wbiegali na przykościelny cmentarz. Tajniacy myszkowali po pobliskich domach, dokonywali rewizji, przesłuchiwali lokatorów. Ludzi podejrzanych wepchnięto do willysów i powieziono na Koszykową.

Dla nas, chłopaków dopiero rozpoczynających dorosłe życie, było to wielkie wydarzenie. Szybko nabrało wymiaru legendy, mitu. Długo o tym mówiono w Śródmieściu. Rzecz dotyczyła Burmajstra i innych, którym zarzucono działalność spiskową i zdradę ojczyzny. Nazwano ich sługusami imperializmu. Byli to chłopcy starsi od nas o ledwie kilka lat, bikiniarze, którzy kochali jazz, pasjonowała ich Ameryka i ukradkiem chadzali na pokazy filmów do ambasady amerykańskiej. Oglądali z zapartym tchem legendarne westerny, dreszczowce i wojenne dramaty o Azji i Pacyfiku. Wypożyczali kolorowe pisma w języku angielskim i zbierali się wieczorami na dziedzińcu kościoła Świętej Barbary. Stworzyli tajemne bractwo i ich celem był skok za ocean do baśniowej Ameryki. Dopadła ich bezpieka i odbył się głośny proces zdrajców i szpiegów.”

Marek Nowakowski, cykl „Powidoki, „Kościół Świętej Barbary

        „Chcieli żyć inaczej. Byli gimnazjalistami, z młodzieńczą odwagą pogwałcili kanony obowiązujące w PRL i stworzyli suwerenny, własny świat. Chodzili do ambasady amerykańskiej oglądać filmy o kowbojach i Indianach, uczyli się angielskiego i czytali o bohaterskim Geronimo, wodzu Apaczów, słynnych westernach i szeryfach. Fascynowały ich tabory osadników podążające na Daleki Zachód. Zapragnęli wolnego życia na wielkich przestrzeniach, gdzie wszystko osiąga się własnym, twardym wysiłkiem, a księgą, która oświeca to życie pełne przeciwieństw, jest Biblia. Proces Burmajstra i jego kolegów był szeroko nagłośniony przez propagandę tamtego czasu. Grzmiało radio, pokazywano migawki z sali sądu w Kronice filmowej. Agenci wywiadu amerykańskiego, sługusy imperializmu, sprzedawczyki. Nie były to tylko słowa. Padły w procesie wyroki śmierci. Stracony został Burmajster i jego przyjaciel Wysocki.

Wspomniałem o tym w powidoku „Kościół Świętej Barbary”, ponieważ jak powiadała legenda tamtych lat, oni, ci chłopcy zbierali się wieczorami na dziedzińcu kościoła i na wieży kościelnej mieli swoją radiostację.

Do redakcji Expressu przyszedł list od Czytelnika „Powidoków”, Pana Jerzego Parfiniewicza, który po­zwalam sobie podać w obszernych fragmentach:

„Znałem Burmajstra. Ale znałem również jego nieodłącznego przyjaciela, Wysockiego, straconego wraz z Burmajstrem. Burmajster i Wysocki, niestety, zapomniałem imion, byli uczniami Liceum Telekomunikacyjnego przy ul. Jedwabniczej, mieszczącego się w budynku dawnej fabryki żarówek. Dziś tego budynku nie ma. Wchłonęła go Wytwórnia Filmów Dokumentalnych z ul. Chełmskiej… Z Burmajstrem i Wysockim chodziłem do jednej klasy. Wyróżniali się oni spośród nas swym sposobem ubierania, zwanym wtedy „bikiniarskim”. Chociaż byli tylko bikiniarzami we fragmentach ubioru. Trzymali się zawsze razem. Ale nie stronili od reszty kolegów. Byli koleżeńscy, dowcipni — złośliwi, zawsze uśmiechnięci. Komentowali rzeczywistość kpiarskim akcentem. W szkole byli zdyscyplinowani. Nie pozwalali sobie na żadne wyskoki. Jednak chodzili własnymi drogami. Ta droga to Biblioteki Ambasady Amerykańskiej, gdzie wyświetlano filmy, gdzie korzystali z periodyków, nawet niektóre przynosząc do szkoły. Wielokrotnie przestrzegaliśmy ich przed takim postępowaniem. Oni jednak bagatelizowali nasze przestrogi. Mieli jeszcze drugą drogę: nawiązali kontakty z dziewczętami z internatu zakonnic, mieszczącego się na rogu ul. Czerniakowskiej i Podchorążych. Chodzili tam na spotkania towarzyskie i wieczorki taneczne. I za te sprawy zostali oskarżeni: za współpracę z wywiadem amerykańskim i za konszachty z Kościołem. Nam, ich kolegom, podano tylko krótką informację o tym fakcie, zawierającą również słowa potępienia ich postępowania… „

Marek Nowakowski, cykl „Powidoki”, „Burmajster i inni

Mając kilka obrazków, a dalej nie wiedząc o co chodzi, zatrzymajmy się i wróćmy do samego początku. Należałoby wyjaśnić kim właściwie byli ci bikiniarze. Termin ten wydaje się pokryty grubszym kurzem zapomnienia, a ostatnim jego głośniejszym publicznym użyciem był głośny passus Anity Błochowiak w rozmowie z Michnikiem. Na słowa Michnika, że „bikiniarze chodzili w kolorowych skarpetkach” odparła: „mówi się, że pedały też”. Cóż… W świetle powyższego jednak widzę potrzebę wyjaśnień.

Tematy czarnego Harlemu, hepcats i hipsterów (nie w dzisiejszym znaczeniu) trafiały do Europy już pod  koniec lat 30tych, także w czasie wojny. Taki francuski zazou nie różnił się aż tak wiele od naszego bikiniarza, choć dzieliło ich lat kilka. Polski bikiniarz, rumuński malagambista, radziecki styliaga, węgierski jampec, czechosłowacki pasek, wszystko to było mieszanką wspomnień po przedwojennej scenie jazzowej (bażanty w Polsce, potapka w Czechosłowacji) i zaszczepienia na rodzimym gruncie kulturalnych wiadomości, które przedostały się przez  Żelazną Kurtynę. Słowo Bikiniarz, używane przez oficjalną propagandę, nie było w powszechnym użyciu wszędzie. Podobno w Krakowie byli dżollerzy (od jolly), w Poznaniu eki itd. Mnie interesuje Warszawa, pozostanę więc przy bikiniarzu.

Nazwa wywodzi się najprawdopodobniej od modnych w tych środowiskach krawatów przedstawiających grzyb atomowy po próbie amerykańskiej broni jądrowej na atolu Bikini. Krawat musiał być kolorowy, z rysunkami, nieraz ręcznymi. Popularnym motywem były roznegliżowane „gerlsy”, to się znaczy panienki. Zaśmiecanie języka angielszczyzną (często-gęsto niezupełnie poprawną) to kolejny atrybut tej subkultury. Marynara długa, szeroka, mocno rozcięta z tyłu, na „kilowatach”, czyli sporych poduszkach z waty. Koniecznie wzorzysta, im bardziej krzykliwie, tym lepiej. Spodnie najlepiej wąskie, obowiązkowo przykrótkie, odsłaniające kolorowe, pasiaste skarpetki „sing-singi”. Do tego buty na słoninie, czyli grubej, kilkucentymetrowej podeszwie. Obowiązkowo plereza, czyli zaczesane w czub włosy, sklejone na cukier, białko albo szklaną wodę, z tyłu zbiegające się w jaskółkę. Tyle na zewnątrz.

Pasjonowali się wszystkim, co amerykańskie, w szczególności jazzem. Umiejętność tańca do jazzowych melodii była środowiskowo bardzo ceniona. Bikiniarz snobował się na człowieka, który ma kontakt z zachodem, wie co tam modne i co w trawie piszczy. Nie uznawał kolektywu, zbiorowej szarości robotniczych mas. Wbrew oficjalnej propagandzie, nie byli to chuligani z założenia, choć nachalne przypinanie łatki łobuza i rosnąca popularność bikiniarstwa ściągnęła szybko i takich. W dużej części subkultura przyciągała młodzież inteligencką, a nawet uprzywilejowaną – dzieci partyjnych szych i szyszek. Kto inny mógł sobie pozwolić na regularne zakupy na Ciuchach, kto mógł kupować sobie płyty ? Zresztą zainteresowania były takie, że znajomość angielskiego bardzo się przydawała i gdzieś się go trzeba było nauczyć. Dostęp do tego wszystkiego wymagał wiedzy, której nie zdobywa się na podwórkach złych dzielnic. Temat zapoczątkowała młodzież elitarna, z dobrych liceów. Dopiero wraz z wzrostem popularności stał on się bardziej egalitarny, z chuligańskim zabarwieniem. Tak czy owak, bikiniarze nie stronili od awantur, czy to między ekipami, czy z ZMPowcami. Noszona przy sobie ćwiarteczka i paczka amerykanów również tworzyła trochę sztajerski w odbiorze wizerunek, mimo, że w założeniu miał być nonkonformistyczny. Warszawscy bikiniarze zbierali się w Śródmieściu, „pod zegarem”, czyli koło dworca autobusowego, albo „pod pedałem”, czyli przy fotoplastykonie w Alejach. Na Pradze wystawali w okolicach Czterech Śpiących.

Wróćmy jednak do sedna historii, czyli tematu dwóch kolegów, Burmajstra i Wysockiego. Mieszkali chłopaki w Falenicy. Wysocki przyjechał z Płocka, Burmajster był prawdopodobnie tutejszy. Jak już wiemy z „Powidoków”, uczyli się w Liceum Telekomunikacyjnym (Liceum Radioteletechniczne, Liceum Przemysłu Telekomunikacyjnego, różne spotkałem nazwy), dziś już nie istniejącym. Poznali się w Ośrodku Informacyjnym przy Ambasadzie USA, gdzie korzystali z czytelni, oglądali filmy, słuchali amerykańskich nagrań.

Burmajster obracał się w środowisku dawnych akowców, niekoniecznie pogodzonych z rozkazem o rozwiązaniu oddziałów. W międzyczasie zaangażował się w nową, antykomunistyczną konspirację. W 1950 roku wciągnął Hieronima Wysockiego do ROAK, czyli Ruchu Oporu Armii Krajowej. Był to zdecentralizowany zbiór wielu lokalnych oddziałów, kontynuujący struktury Armii Krajowej. W Warszawie organizacja była budowana trójkami, każdy zaprzysiężony członek wciągał kolejnych trzech. Burmajster, poza Wysockim, wciągnął studenta Wojciecha Grochulskiego i świeżo upieczonego maturzystę Zbigniewa Ciołka. Tutaj krystalizuje się całą skazana w procesie bikiniarzy czwórka.

Ich organizacja nie była partyzantką, jak wiele grup ROAK na Mazowszu, szczególnie pod koniec lat 40-tych. Zajmowali się „ideologicznym sabotażem”, na przykład kolportowaniem ulotek ujawniających postępowanie komunistów z ważnymi figurami Państwa Podziemnego. Głośną ich akcją był atak na prof. Janinę Schoenbrenner, współautorkę podręcznika do historii Polski, który był „marksistowską syntezą dziejów Polski” i „prostował błędy burżuazyjnej nauki historycznej”. Czyli, przekładając z dialektyki marksistowskiej na polski, był zakłamany i służył do komunistycznego prania mózgów młodzieży. Burmajster i Wysocki odwiedzili psorkę w jej domu, uzbrojeni w pistolet. Kazali jej podpisać oświadczenie, że praca powstała na zlecenie KC PZPR i ma mało wspólnego z prawdą historyczną. Miało to zdyskredytować podręcznik w oczach społeczeństwa. W tym samym czasie obaj panowie podjęli współpracę z wywiadem amerykańskim. Zwerbowano ich w Ośrodku Informacyjnym ambasady. Zajmowali się obserwowaniem bezpieczniaków na mieście, raportowaniem ich zwyczajów itp.  O całej sprawie MBP prawdopodobnie nie wiedziało.

Być może Burmajster był aresztowany w okolicach Kościoła św. Barbary, gdzie lubili się czasem się zbierać. Wysocki, jak sam zeznał dla IPN, aresztowany został w Falenicy 22.X.1951. Jest bardzo prawdopodobnym, że Burmajster też, a akcja pod kościołem dotyczyła czegoś zupełnie innego i obrosła mitem w związku z głośną sprawą. Zostali osadzeni w gmachu MBP na Koszykowej. W śledztwo zaangażowała się śmietanka ówczesnych bezpieczniaków. Wg zeznań wysockiego przesłuchiwali ich Anatol Fejgin, Ludwik Serkowski, Józef Różański, Józef Dusza, znani kaci, przeciw wszystkim jeszcze w latach 50-tych toczyły się procesy o nadużycia podczas przesłuchań. Julia Brystygier „Luna”, erudytka i literatka, podczas pracy w UB wsławiła się wymyślnymi torturami żołnierzy podziemia, m.in. zamykaniem genitaliów w szufladzie. Orzekali zbrodniarze sądowi Litmanowicz, Wolińska, Henryk Ligięza.

Podczas procesu próbowano im dołożyć takie sprawy, jak zabójstwo Stefana Martyki, propagandysty z Polskiego Radia, autora audycji „Fala 49” (pośrednio wspomina o tym Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich” w kontekście tego procesu –Pewnego dnia jakiś student położył Martykę trupem; […] Wkrótce jednak ustalono, że morderca Martyki był stałym gościem Ośrodka Informacyjnego Ambasady U.S.A.
i Ośrodek zamknięto;. Potwierdza to tylko sprawne działanie propagandy), czy też napady rabunkowe na sklepy WSSu. Ich sprawa posłużyła za tubę propagandową przeciw zgniłej, zachodniej kulturze. Myśl przewodnia była taka, że kto słucha jazzu i hołduje amerykańskiej obyczajowości to i w końcu wcieli w życie życiorys filmowych gangsterów, atakując pokojowe społeczeństwo budujące wiadomy ustrój. Od bikiniarza do terrorysty. Nieodwołalnie i zawsze, bo wszelkie totalitaryzmy lubią widzieć świat w systemie zero-jedynkowym.

Cały proces posłużył też do zamknięcia Ośrodka Informacyjnego przy Ambasadzie USA, gdzie młodzież mogła zajrzeć za Żelazną Kurtynę. Prasa krzyczała: „Oszczercze antypolskie audycje i demoralizujące filmy amerykańskie popchnęły ich na drogę zbrodni”; „oskarżyciel publiczny charakteryzuje oskarżonych jako gangsterów i czcicieli gangsteryzmu, zdegenerowanych wyrzutków – tzw. bikiniarzy”. Faktem jest, że Zbigniew Burmajster i Hieronim Wysocki nie dostali wyroków za „bikiniarstwo”, a za działalność antysystemową. Jednakże władze postanowiły upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu i cały temat posłużył do ataku na środowiska bikiniarskie, na miłośników zachodniej kultury i organizacje pochodzące wrogich, imperialistycznych państw działające na terenie Polski Ludowej. Sprawa przeszłą do historii jako „proces bikiniarzy”.

Burmajster i Wysocki zostali skazani na karę śmierci, utratę mienia, praw obywatelskich i honorowych. Grochulski i Ciołek na kilkunastoletnie odsiadki. Po wyroku osadzono ich w niesławnym X Pawilonie Mokotowa. Wbrew niektórym o nich wspomnieniom, nie zostali straceni. 7.XII.1951 Bierut ich ułaskawił, zamieniając „kaes” na dożywotnie więzienie. Na mocy kolejnych amnestii wyroki skrócono finalnie do 8 lat, przynajmniej w przypadku Wysockiego. Wyszedł on na wolność na początku 1958 roku. Mimo odbycia kary był szykanowany przez aparat bezpieczeństwa, nie pozwolono mu skończyć studiów, miał kłopoty z podjęciem pracy. Do Warszawy już nie wrócił, zamieszkał w rodzinnym Płocku. Ciołek skończył studia, został prawnikiem. Historia Burmajstra się urywa, nie mogę znaleźć o nim żadnej wzmianki, jego karta osoby represjonowanej w IPN w dużej mierze składa się z ustaleń poczynionych na podstawie zeznań Hieronima Wysockiego. Być może po wyjściu z więzienia, szykanowany przez bezpiekę usunął się w cień, nie chciał kolejnych kłopotów w swoim i tak już skomplikowanym życiu.

Ich postaci obrosły legendą w Warszawie początku lat 50-tych. Mówiono, że na wieży Kościoła św. Barbary mięli radiostację, skąd puszczali w świat szpiegowskie meldunki. Nagle wszystkie chłopaki „z pikiety” ich znali, wszak bujali się z nimi nie jeden raz. Dziś, po pół wieku, trudno jednoznacznie ustalić, czy obława pod św. Barbarą nie jest jakimś mitem, ówczesną miejską legendą. Gazety i radio powiedziały, co im kazano, reszta informacji przenosiła się za pomocą instytucji plotek. Ten i ów zawsze dodał coś od siebie.

Czy Burmajster i Wysocki byli bikiniarzami pełną gębą ? Nie sądzę, sam Wysocki zeznał w IPNie, że po prostu nosił kolorową marynarkę z samodziału, bo taka była moda. Tak jak bikiniarze, nie godzili się na świat, gdzie mogłeś być albo robociarzem w szarym drelichu, albo ZMPowcem w zielonej koszuli i czerwonym krawacie, najlepiej obydwoma na przemian. O ile bikiniarze kontestowali system swoim dzikim, jazzowym tańcem, nonkonformistyczną postawą i hołdowaniem zachodniej kulturze, na co też był paragraf, o tyle Burmajster i Wysocki wdali się w konkretną działalność niepodległościową. Może nie tak spektakularną jak jakiś „Zapora” czy „Ogień”, ale jednak niewybaczalną dla komunistów. Musieli zostać spacyfikowani. Przy okazji uderzono w młodzież, która nie wpisywała się w normy idealnego społeczeństwa doby socjalizmu.

Po śmierci Stalina i późniejszej odwilży październikowej jazz przestał być zbrodnią. Pozwolono na indywidualność w ubiorze. Bikiniarstwo roztopiło się w tłumie, każdy mógł posłuchać jazzu i modnie się ubierać, znalazło się wielu takich, co i chciało. Zniesiono karalność za zainteresowanie kulturą zza wielkiej wody. Zaczęto zapominać o niebieskich ptakach doby stalinizmu. Przyszły kolejne mody, a bijatyki ZMP z bikiniarzami zastąpiły wojny hipów i gitów, nie związane już z walką o socjalistyczne społeczeństwo.

Kilku chłopaków, którzy mieli pecha wyrastać w klimacie żywych tradycji poakowskich skończyło ze złamanymi życiorysami. Chcieli żyć inaczej, ciekawiej, niż młody ślusarz przekraczający normy, pasjonujący się tokarką. Zgniotły ich tryby komunistycznej soctechniki.

Dziś temat numer jeden 1951 roku został zapomniany, jak powojenny jazz Polsce, jak plerezy i buty na słoninie, jak zabawy u elektryków i w telekomie. Jak zwrot „neskim”, używany nieraz do dziś w środowisku muzyków jazzowych, którego znaczenia nikt nie zna. Jak radzieckie nagrania na zdjęciach roentgenowskich i odsiadki tych, którzy to dystrybuowali. Jak  legendarni czarni muzycy Harlemu grający w lokalach whites-only, jak swingjugend w niemieckich obozach koncentracyjnych, represje rządu Vichy na zazous. Czasy są inne i nikomu już nie są potrzebne trudne drogi kontrkultury.

Facebooktwittergoogle_plusmail
0 x skomentowano… Dodaj komentarz

Skomentuj…