Ostatni kolejarz z Radzymińskiej

Kiedyś, wspominając kolejową Mszczonowską, pisałem też o nieistniejącym domku dróżnika od Warszawsko-Kaliskiej Drogi Żelaznej. Domu, który stał i niszczał wiele lat, zamieszkanym przez jakiegoś abnegata, z wodą stojącą w piwnicy, z wybitymi szybami. Człowiekowi się zmarło i dom przestał istnieć.

Z innej strony Warszawy, przy innej linii, tym razem dawnej Warszawsko-Petersburskiej, stoi inny, lecz o podobnym życiorysie dom kolejowy. Radzymińska 94.

Dom zbudowany wg szeregowego projektu, z takiej samej mocnej cegły, która dziś już nie powstaje. Poza drogo-żelaznym przydziałem, od wolskiego odpowiednika różni go czas powstania, bo on jeszcze jest z drugiej połowy XIX wieku, raczej nie wcześniej, niż z tamtych 70-tych. Różni go też ilość zdobień, ten miał ozdobną stolarkę przy dachu. No i raczej pełnił wyłącznie funkcje mieszkalne.

Tak samo mieszkał tu dziadek, mocno już zmeliniarzony, być może były kolejarz. Cera bliskowschodnia z braku bieżącej wody, spleśniała marynara, prastare buty w typie szaber ’46. Tak się składa, że byłem świadkiem ostatnich dni zamieszkania domu. Pracowałem wtedy przy opróżnianiu pustostanów i akurat od kolei zlecenie nam się trafiło, tutaj właśnie.

W domu burdel jak siemasz, prąd dawno odłączony, ostatnie świąteczne porządki koło stanu wojennego. Szczury biegały wszędzie i łasiły się do lokatora, bo go dobrze znały, żarciem się waflowali. Odzież po szafach zgniła, po zakamarach resztki zgniłego jedzenia. Zgarneliśmy jakąś komodę i kilka kartonów, pięć razy tyle poszło w zwałkę. Dziadek płakał, mówił – zostawcie, nie wyjdę stąd, chyba, żeby umrzeć. Matkę stąd w trumnie wyprowadziłem, całe życie przeżyłem, gdzie mnie zabieracie ? Mówię mu, że ja tylko eksmisję wykonuję, dogaduj się Pan z wierzycielem, ze właścicielem. Co powiedzieć miałem, jak bym nie robił to by do mnie komorniki przyszli. Myśmy wyjechali, wpadła ekipa techniczna z kolei, dyktę w okna wsadzili, bardziej w to, co pozostało między framugami.

Wywieźli dziadka na Armatnią, też na kolejowe osiedle, do takiej klity. Może bo kolejarz, może bo na bruk akurat nie można było wywalić. Potem nieraz Armatnią chodziłem i widziałem u niego nierozpakowane kartony, tak, jakżeśmy je w wieże ustawili. Ze dwa lata chyba. Widziałem go kilka razy w Carrefourze w Reducie, jak konfrontował kieszonkę na miedź w pugilaresie z cenami spożywczych produktów. Wkrótce widywać przestałem.

Dom też szczęścia już nie miał. Od nienajlepszego stanu poszedł w melinę. Bezdomni tu siedzieli, chyba jakieś ćpuny. Ponoć ktoś się tu wyhuśtał i przelał przez podłogę. Chyba jakiś drobny pożar. Przez krótki czas był tu skup złomu, nawet krzaki na podwórku przekarczowali. Teraz znów stoi pusty, zasrany sprejami. Wkrótce pojawi się w postępowaniu przetargowym na rozbiórkę i w xlsie pod tytułem „pkp lista obiektów do likwidacji woj. mazowieckie rok xxxx”.

Bratem jest przyrodnim tego z Mszczonowskiej i tak samo skończy. Obym się mylił…

Facebooktwittergoogle_plusmail
1 x skomentowano… Dodaj komentarz
  • Wolf von Westpreussen 31/10/2018, 18:25

    Znam ten dom doskonale. Czasami, gdy wracałem od kolegi w czasach licealnych, lub gdy szlajaliśmy się po Targówku z kumplami po lekcjach w legendarnym XIII L. O. Życzę mu przetrwania. Szkoda by było :(

Skomentuj…

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.