O mnie

SONY DSC

Mam na imię Filip. Rodem z Woli, obecnie z Ochoty. W wieku (z każdym dniem coraz bardziej) po trzydziestce. Żonaty. Dumny tata małego Antosia, rocznik 2014. Bardzo bym chciał, żeby mnie kiedyś poczytał i potrafił odnaleźć w Warszawie swoje miejsca magiczne.

Nie zajmuję się niczym ciekawym. Pracuję te 40 godzin z kawałkiem na tydzień i jakoś się na powierzchni trzymam. Tyle o życiu zawodowym.

Lubię podróże. Najbardziej te dalsze, jak kieszeń pozwala. Kocham Karaiby i butelkę rumu na śniadanie, na strach przed upałem. Tak samo, jak fakt, iż butelka najlepszego kosztuje kilka miejscowych dolarów w każdym sklepie. I że przydaje się też na kolację. Lubię Sarajewo, trochę egzotyczne, ze śladami wojny. Tak sobie wyobrażam fragmentami Warszawę tuż po odbudowie – niby nową, a wciąż poznaczoną walkami. Chciałbym jeszcze kiedyś poszlajać się po Saksonii.
Lubię przemierzać dawne Prusy Wschodnie. W tych wszystkich miasteczkach lubię myśleć, że jestem w Sensburgu, Loetzen, Mohrungen, Osterode i szukać poniemieckich śladów. Uwielbiam oberlandzkie wsie, zrujnowane majątki. Lubię szukać kolejowych stacyjek z niemieckimi nazwami, które już dawno zapomniały co to pociąg. Lubię ewangelickie cmentarzyki zapomniane w lasach i zrujnowane mauzolea junkrowskich rodów.

Lubię brytyjskie klimaty, ich piłkarską ligę i pewien stadion na Fulham Road. Lubię Glasgow Rangers, zwłaszcza po bankructwie, kiedy niebieska społeczność pokazała czym jest ten klub. Lubię Tedsów i rockabilly, modsów i skutery, skinheadów, kurtki harringtonki i buty Martensa. Lubię wczesny casual, film The Bussiness i adidasy Forest Hills.

Lubię skutery, choć nigdy nie chciałem Vespy. Może jakąś podróbę typu nasza Osa albo radziecka Wiatka. Najchętniej jakieś brzydactwo – czeską Cezetę, Peugeota 157b, co silnik ma w czymś na kształt sedesu, marzeniem jest Maicomobil jak z Jetsonów. Marzę o garażu, komplecie kluczy, podstawowych umiejętnościach mechanika i zabawie w renowację. Raczej się nie uda, ale marzyć mi wolno.

Lubię literaturę non-fiction i reportaż. Lubię książki o podróżach i dzielić kraje na te, gdzie się uda pojechać i na te, gdzie raczej nie. Lubię Nowakowskiego i Hłaskę, Sołżenicyna, Rybakowa, Nabokowa, Dostojewskiego i jedną nowelkę Agiejewa. Coś mnie ciągnie do rosyjskiej literatury. Lubiłem Łysiaka zanim zajął się polityką. Lubię Kesseya. Burgessa. Hemingwaya. Trochę Hrabala, trochę Kertesza. Zafascynował mnie Mahfuz Nadżbib, a nudzi mnie Masłowska i Llosa. Kocham praktycznie wszystko Isaaca Bashevisa Singera.

Lubię Fallouta i postapokalipsę.

Lubię Urban Exploration, choć rzadko uprawiam, ze względu na własne bezpieczeństwo i możliwość wyłapania czegoś od Temidy, tudzież paru pał od stróżów prawa. Fascynuje mnie Urban Decay, czyli po naszemu głupio brzmiący miejski rozkład. Moim niespełnionym marzeniem jest wycieczka do Detroit, tego opuszczonego, ze zgaszonymi latarniami i częstymi pożarami.

Lubię piwo. Portera wieczorkiem, jak już nic nie muszę, żeby zaszumiało i lepiej się zasypiało. Marcowe lub dobrze nachmielone ale w amerykańskim stylu, jeśli jest upał i mam ochotę na kilka butelek. Lubię próbować wyrobów malutkich, rzemieślniczych browarów. W większości preferuję względnie ogólnodostępne produkty średnich browarów, które jednak trzymają jakość. Są też ze dwa koncernowe piwa, które zaliczają się do moich faworytów. Aha, mam gdzieś czy Pan Jakubiak jest homofobem, czy też nie. Bardziej interesuje mnie czy robi dobre piwa, czy popłuczyny.

Nie jeżdżę SUVem, zamiast paliwa kupuję bilety. Nie wiem co jest akurat modne i gdzie wypada bywać. Nie mam iPhone. Nie uprawiam joggingu ani crossfit. Nie jadam sushi. Nienawidzę januszowych sportów, typu te, gdzie akurat mamy jakieś sukcesy. Skoro rok temu nie interesowała mnie jazda szybka na łyżwach na 138 metrów i rajd Surinam-Tierra del Fuego na hulajnodze to i teraz mnie to nudzi, choćby przez ten czas Polak osiągnął w tym sporcie wszystko. Nie nurkuję w egipskich kurortach, nie chleję w Playa de las Americas, Lloret de Mar, ani w Magaluf. Nie uprawiam surfingu z żadnym dziwnym przedrostkiem. Bez przedrostka też nie. Nie zjeżdżam na nartach w alpejskich kurortach, a uwielbiam biegówki i kolejny rok obiecuję, że w następną zimę…

Kocham jazdę konną. Dziś już mnie nie stać na ten sport, ale do dziś w siodle moje 110 kg przypomina ułana, a nie worek kartofli. Musi być, że kawalerzysta był w rodzie…

Nie wierzę w polityczną poprawność, multi-kulti, ani w Ruch Narodowy. Nie wierzę autorytetom, które przeszły odnowę moralną po poprzednim systemie. Czniam talib-katolików, negujących papieża, jak mówi coś, co im nie leży.

Nie wierzę politycznym altruistom, którzy czyszczą pysk uszczęśliwianiem ludzkości. Im więcej mam wiedzy, tym bardziej widzę, że wraz z władzą rośnie im poziom skurwysyństwa, a dobro powszechne kończy się mordami.

Nie wierzę w korporacje, propagandę sukcesu. Nie wierzę w świat, w którym dwóch sukinsynów z londyńskiego City może założyć się o cenę tytoniu i spekulacją rozłożyć ze trzy afrykańskie państwa, gdzie i tak nie bardzo jest co żreć. Nie wierzę, że jest tylko wartość, a nie liczą się już Wartości. Nie wierzę w wyścig szczurów. Nie uważam za spełnienie ludzkiego żywota wymiany auta co dwa lata i telewizora wielkości stołu do bilarda. Nie lubię współczesnego świata. Wierzę za to głęboko w coś, co kiedyś powiedział Chateaubriand: „Nie daję się olśnić statkom parowym i kolejom żelaznym. To wszystko nie jest cywilizacja”.

Dlatego przedstawiam moją Warszawę tak, jak to robię. Cenię jedną cegłę z muru fabrycznego bardziej, niż dziesięć pięknych osiedli. Nie obchodzi mnie, że to coś ze sklepem na Wileńskiej jest podobne do parowozowni. NIE JEST parowozownią. Lubiłem zaglądać przez bramę do spalonych Łopieńskich i miałem nadzieję, że będzie prikaz to zachować. Potem raz zerknąłem i mi wystarczy. Nie podoba mi się to, co stało się z Ogórkiewiczem na Rzeźni/Porcie Praskim. Ani Weszicki, ani Kemnitz. Nie daję się olśnić cegle klinkierówce i podziemnym garażom. To nie jest Warszawa.

Przez lata to my tworzyliśmy klimat tego miasta, dzielnic lepszych i gorszych. My, warszawiacy. Zdarzyło się, że wyrżnięto całe przedmieścia. Zdarzyło się, że rozpieprzono w pył całe miasto. A my tu ciągle jesteśmy. Można zburzyć i zaorać tutaj wszystko, potem zwieźć stali, szkła i pustaka, zbudować od nowa. Zarobić ładnych kilka baniek, sprzedając to chamom, co traktują Warszawę jak dziwkę. Przyjadą w niedzielę wieczorem, zrobią korek, popracują, w piątek wrócą do siebie. Ja dalej tu będę i zawsze znajdę kilka cegieł, które będą MOIM miastem. Choćby jego śladami. Jest we mnie Warszawa. I nie jestem sam…

941815_10200557064480280_1756083083_n

Comments on this entry are closed.