Moje przedmieście…

Moje przedmieście leży gdzieś na uboczu, choć do Śródmieścia droga stąd i prosta, i krótka. Od pędzącej stolicy dzielą je dziś wiadukty tras komunikacyjnych i tory kolei. Możesz żyć w tym mieście 40 lat, a jego nazwa nic ci nie powie. Nie jest ona nikomu do niczego potrzebna.

                Jest tu krzyż i kapliczka, pod którymi nikt już się nie modli i nikt nie śpiewa nabożnych pieśni. Jest trochę starych domów i kilka uliczek. Jeśli taryfiarz miejsce skojarzy to musi być, że już dobrze siwy, ewentualnie z okolic.

Zostało kilka starych domów. Tyle tylko, co znajomych wciąż nazwisk. Cegły murszeją, stropy walą się w ślad za śmiercią właścicieli. Ustępują pseudo-willom rodzącej się klasy średniej, ustępują kameralnym inwestycjom w prestiżowej lokalizacji, albo i odwrotnie. Fakt, blisko stąd do biurowców, tych w szkle od podłogi po sufit, a żyć tu można jak w mieście-ogrodzie.

Każdy zburzony dom, każde podwórze zarośnięte po pas, zmienia moje dziecięce wspomnienia w cmentarny krajobraz. Ceglana ruderka na dwa okna, za to z pięknym, zadbanym ogrodem to grób starego Kucharczyka. Jeszcze bez daty przy literkach „zm.”, jeszcze się toczy, brakuje mu góra kilku lat i nie odłożył jeszcze paru sepulkralnych złotych. Szara kanadyjka z oknami w dachu – gotowy już, lastrykowy pomnik Cieślewskiej, kolejarskiej wdowy. A tu, gdzie mały człowieczek w okularach chwalił się przez płot, że dom postawił pasywny, mieszkał w krytym papą pół-drewniaku, pół-murowańcu Tkaczuk, kulawy rencista i miejscowa kronika historyczno-towarzyska. Niezawodną trzymał metę i lubił poopowiadać, a przy jego kozie na węgiel niejedną butelkę się wychyliło.

                Dawno zniknęły piaszczyste drogi-autostrady, miejsce gonitw w tumanach kurzu, zakorkowane miejscową dzieciarnią. W zamian nudna, lecz wygodna kostka. Zniknęły stare drzewa, które dawały cień jeszcze wsi podwarszawskiej. Wprowadzili się tu ludzie oddzieleni bramą na pilot i żywopłotem. Nie znają nas i nie chcą znać. Nie mówią nam „dzień dobry”, szybko wsiadają do swych SUVów i uciekają w miasto. Czekają tylko, aż wyniesiemy się do komunalnych bloków lub na cmentarz, wszystko jedno. Żeby tylko nasze domy przestały psuć ich krajobraz, ich wizję dobrobytu. Nie chcą za sąsiadów roboli, starców, biedaków. Nie chcą suchych powykręcanych jabłonek za towarzystwo dla swych równo przyciętych iglaków.

                Jedna z uliczek nagle urywa swój nurt z kostki bauma. Na ostatnim, żwirowym odcinku rośnie kępa krzaków. Za nią zardzewiały parkan z siatki. Resztka zdziczałego sadu, zasypana studnia i byle jaki, nieotynkowany domek. Cegła sczerniała ze starości, dach chroniący przed deszczem ostatkiem swoich sił. Wewnątrz kuchnia węglowa, stary kredens, kilka garów, lodówka Silesia. Do tego dwa ciemne, wilgotne pokoiki. Nie bywają tu piękne dziewczyny i nie dojeżdżają drogie samochody.

Znałem staruszka, który tu mieszkał. Dziadek przybył tu grubo przed wojną, będzie ponad dziewięćdziesiąt lat temu. Warszawa potrzebowała rąk do pracy. Wchłonęła go dymiącymi fabrykami, platformami z węglem, gwizdem parowozów. Wchłonęła, jak setki takich samych. Zdążył sklecić własnymi rękami taki domek, niewiele lepszy od gołębnika. Na tyle mu sił starczyło, na tyle tylko miał ze skromnych, robotniczych poborów. Znałem jego dzieci i wnuki, które wypuścił w nowoczesne, bezduszne miasto. Dziś nie wiem gdzie są.

                Tutejsi nie są już tu potrzebni, wegetują. Nie mogą znaleźć sobie miejsca w mieście szkła i aluminium, w świecie korporacji i garniturów, w świecie apartamentów na hipoteczny kredyt. Muszą czekać na swoją kolej. Aż ktoś przyjdzie z wiadrem zaprawy zamurować ich okna, aż urzędnik w akcie łaski pozwoli wynieść się do komunalnych więzień. Niestety, ich kawałek parceli zbyt dużą ma już wartość.

A my ? My już nie jesteśmy tutejsi. Dwie mieliśmy stąd drogi. Jedna w wódkę i miejsca jeszcze gorsze, skąd zatęsknić można za swą ciemną, niedogrzaną izdebką. Druga w nowe miasto i w wieczną świadomość, że nie jesteśmy w domu.

                Kiedyś mój dzieciak przyjdzie ze szkoły i opowie o mazowieckich, kurpiowskich, podlaskich korzeniach swoich małych kolegów. O tradycjach lekko zatartych wstydem warszawiaków z krótkim stażem. Spyta: „Tato, a skąd my jesteśmy ?”. Zabiorę go wtedy nasze przedmieście. Pokażę mu ostatni już zawalony domek, uschnięte drzewa, zarośniętą polną drogę, nie prowadzącą już donikąd, w najlepszym wypadku do działki od lat na sprzedaż.

Ostatni raz może, a może jako ostatni, usłyszy nazwiska ludzi stąd. Gdzieś daleko, na granicy wyobraźni, zastuka mała kolejka, która dawno zmieniła swój bieg i swoich pasażerów. Zza rogu wytoczy się miejscowy trunkowy, żywa kartka z kalendarza, Matki Boskiej Pieniężnej. Chwilę za nim ostrożny chłopak, jakaś, musi być, wizyta. Ostrożny, bo nie stąd, nie od nas, a może po prostu nie zna drogi i boi się zabłądzić ? Jeden i drugi już prawie ostatni, już prawie powidok, stworzony na potrzeby opowieści. Nie ma wyjścia, obaj rozwieją się z kurzem wzbitym przez pierwszy-lepszy samochód.

                Taka to wycieczka, taki symboliczny pogrzeb bez ciała. Nie ma już, synku, takich przedmieść. Nic, tylko napić się i powspominać, jak na stypie. Tylko z kim te wspominki ? Ciężko już spotkać kogoś z tych stron. Uciekli stąd moi rówieśnicy i nie chcą przyznać, skąd przyszli. Wolą być znikąd, jak przyjezdni.

Patrz, synu, tędy mój dziadek wracał z roboty, z kolei, z Ery, z jednej z okolicznych cegielni, a może to był Czerwony Parowóz, a może Ursus jeszcze na Wolskiej ? Może praski Wulkan, może Dzwonkowa ? Twój dziadek z jakiegoś Waryńskiego, Nowotki, FSO też tędy wracał po niezliczonych fajrantach. Tu i ja mieszkałem, tu się wychowałem. A tu, tu była głęboka glinianka, nasz letni akwapark.

                Tu skrywała się między blokami ulica Garbińskiego i ostatni domek ulicy Badowskiej, otoczony soc-osiedlem. Tu była piętrowa domko-kamieniczka z Sowińskiego, osaczona deweloperskimi inwestycjami. Tu się puszczało gołębie i żyli tu ostatni znawcy tego hobby warszawskich obrzeży. Tu okazywało się, że przy Beresteckiej stoją jakieś domy i przy Włochowskiej, Mszczonowskiej, po jednej i drugiej stronie torów, że, mój Boże, tu żyją ludzie. Tu w początkach XXI wieku na podwórkach stały jeszcze studnie. Tu, na Naukowej i na szczęśliwickich Budkach. Tak jakoś wyszło tu, w tych okolicach, że nie każdy na Jelonkach mieszka w wielkiej płycie, płyta tymczasem przysłaniała resztki Witolina. A te wszystkie Wiktoryny, Witoszyny, Zosiny, Aleksandrówki, Różopole i Śliwice nie były pustymi nazwami, byli nawet tacy, co wiedzieli skąd się wzięły. Tu, właśnie gdzieś tutaj…

                Tu, u nas. Stąd jesteśmy, synku. Właściwie to z Warszawy i właściwie to już znikąd. Mam nadzieje, że kiedyś w szkole dowiesz się, kim byli kiedyś na wschodzie „tutejsi”… No więc my jesteśmy tutejsi, na pograniczu, na kresach Warszawy. A Kresy przepadły, na zawsze…

Facebooktwittergoogle_plusmail
1 x skomentowano… Dodaj komentarz
  • Adam 05/11/2016, 09:52

    Cóż można tu rzec… Wychowaliśmy się praktycznie w tej samej dzielnicy, swoje tu każdy poznał z życia i wiele się nauczył. Pięknie opisujesz to, co na Woli naszej umarło, odeszło na zawsze. Pozostały już tylko szczątki dawnych klimatów i wspomnienia… których być może w przyszłości nikt nie zrozumie…

Skomentuj…