Kopulaki na Ustrzyckiej

Ustrzycka to niewielka, boczna uliczka od 1 Sierpnia. Mało znane miejsce, bo leży poza głównymi szlakami Grójcieckiej-Krakowskiej-Żwirek. Zazwyczaj jest zastawiona samochodami, że ledwo się można przecisnąć, nikogo więc nie kusi do robienia skrótów. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym wśród dziesiątek takich samych. Uwagę zwraca jedynie nietypowy kształt zabudowy, bo część posesji zabudowana jest grzybkami, jak w scenografii do wioski smerfów.

To osiedle „Zakątek”, znane pod potoczną nazwą kopulaków, jeden z bardziej nietypowych projektów urbanistycznych PRLu. Dość niespotykana forma domków była wynikiem ówczesnych przepisów. Tendencja była taka, żeby powciskać ludzi w bloki, a jak już muszą mieć dom to nie zaraz willę, a góra takie większe pudełko. Dostępność materiałów też była bardzo ograniczona, w tym czasie Warszawa jeszcze się odbudowywała, a już rozbudowywała.

Autorem koncepcji i inwestorem osiedla było Spółdzielcze Zrzeszenie Budowy Domów Jednorodzinnych „Zakątek”. W 1956 roku spółdzielcy wykupili tereny na Okęciu, bardzo peryferyjne, leżały w granicach Warszawy ledwie od pięciu lat. Projekt domów wykonał inżynier Andrzej Iwanicki, architekt. Oferta Spółdzielni była kierowana do środowisk akademickich, naukowych. Projekt zakładał utworzenie około 70 domków dwu- i trzykopułowych.

Kopulaki nie wyglądają na wielkie. Domek trzykopułowy miał powierzchnię mieszkalną poniżej ówczesnej normy maksymalnej wielkości domu jednorodzinnego – 92 metry kwadratowe. Dwukopułowe miały tylko 55 metrów. Reszta metrażu ukryta była w łukach. Oczywiście nie było łatwo pomieścić tam mebli i urządzić wnętrze. Autor koncepcji przewidział to i przygotował gotowe projekty aranżacyjne.

Budowa takiego domku była w założeniu bardzo prosta i szybka. Są to budynki z prefabrykatów. Przywożono cztery formy w kształcie łupin, zbrojono i zalewano betonem. Dźwig ustawiał fragmenty, trzeba było je złączyć z fundamentami i ze sobą nawzajem. Z zewnątrz należało wyciąć otworzy dzwi i okien, następnie obkładano ściany plastrami odpowiednio przyciętego pumeksu i tynkowano. Jeszcze nałożyć dach i gotowe. Nie wszystkie elementy były takie prościutkie – w dobie centralnego planowania produkcji ciężko było dobrać zakrzywione elementy instalacji wodnych, grzewczych itp.

Kopułki łączyła centralna część, normalna, płaskostropowa. Planowo mieściła się tam jadalnia. Każdy domek był podpiwniczony, część miała garaże. Jedna z kopuł miała pełnić funkcję obszernego salonu, w innych lokowano sypialnie, łazienki, kuchnie.

Oprócz prostej i taniej budowy takie domki miały szereg innych zalet. Znakomicie trzymały ciepło i łatwo było je ogrzać. Taka konstrukcja powoduje wymuszoną cyrkulację powietrza, przez co nawet niewielki kominek był w stanie ogrzać całego kopulaka. Grzybek nie łapie wilgoci, bo wszelkie opady atmosferyczne po prostu po nim spływają.

Mimo świetnie zoptymalizowanego planu budowy, prace szły bardzo opornie. Brakowało materiałów, przez co budowa wlekła się, a to powodowało wzrost kosztów. Władze nie patrzyły przychylnym okiem na prywatny projekt, do tego ekstrawagancki w formie. Spółdzielnia borykała się więc z coraz to nowymi problemami natury prawnej. Do 1966 roku powstało ledwie 10 domków. Członkowie zaczęli się wycofywać, nie chcąc dalej ponosić strat. Spółdzielnię postawiono w stan likwidacji, a kto już miał swojego grzybka, musiał radzić sobie sam. Osiedle w założonym planie nigdy nie zostało zrealizowane.

Lata poleciały, Ustrzycką otoczyły blokowiska. Część domków rozebrano, część została wkomponowana w nową zabudowę. Reszta pozostała w pierwotnym stanie. Powciskały się „normalne” domy, jakiś jeden udający modernizm z Santorynu, jakiś niewielki biurowiec, który wchłonął jednego kopulaka. Nowe budownictwo wszędzie wtrąci swoje trzy grosze, wszędzie znajdzie się wciśnięty na siłę budynek pasujący do poprzednich jak pięść do nosa. Niekoniecznie z czasów najnowszych, bo wczesny kapitalizm też położył na tym polu niemałe zasługi. Tak jest i tutaj.

Pięć z tych nieprzekształconych znajduje się w Gminnej Ewidencji Zabytków, co tak naprawdę nie oznacza żadnej ochrony.

Dziś mało kto ma powód wjechać w Ustrzycką, a domki nie są szerzej znane, nawet warszawiakom z dalszych dzielnic. Nie ma ich wiele, z głownej ulicy, 1 Sierpnia, widać może jeden. Nie mają skali amerykańskich roadside attractions. Łatwo koło nich przejechać, biorąc je za kolejny koszmarek. Wzrok nam się przyzwyczaił do chaosu przestrzennego. Do koszmarków też. Osiedle właściwie nigdy nie powstało, więc kopulaki łatwo potraktować jako kolejne budowlane udziwnienie. Mamy secesyjne kamienice na dalekich przedmieściach, mamy barokowy dwór na Grochowie, pod Warszawą można opić ślub w kiczowatej imitacji Wenecji. To i ktoś z fiołem na smerfy mógł się znaleźć, bo czemu niby nie ?

Tak można sobie pomyśleć i z politowaniem minąć grzybek-świadka epoki. Żywą historię spod znaku „Polak potrafi”. Symbol zwycięstwa nad jedną z bezdusznych, komunistycznych norm. Pomnik porażki w starciu z brakami w zaopatrzeniu. Po prostu ciekawe i nietypowe miejsce. Można lubić te domki-grzybki, można ich nie lubić. Można uważać, że to mrzonka, nieudany projekt, do zastąpienia czymś lepszym. De gustibus. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli nie będziemy dbali o dziedzictwo architektoniczne PRLu to pozostanie z niego to, co najgorsze. Blokowiska.

Można sobie uważać, że taki Ursynów jest przyjemniejszym miejscem do życia, niż zalana betonem i kostką bauma kolejna prestiżowa inwestycja deweloperska, pod płaszczykiem „patio” i „dynamicznie rozwijającej się okolicy” w zasadzie wracająca do koncepcji studni i ciasnej zabudowy pierzejowej. Można uważać, że wielka płyta be i zwać swą klitę apartamentem.

Rzecz w tym, że duża część społeczeństwa jest skazana na PRLowskie blokowiska, kolejna duża część na te nowe inwestycje, bo z kredytem na 30 lat to co zostaje, jak nie wierzyć, że to jest luks ?

Można sądzić tak, można inaczej. Można też kopsnąć się na Ustrzycką i popodziwiać, że w drugiej połowie lat 50tych szaro było, jak to w odwilż, a ktoś jednak miał fantazję.

Facebooktwittergoogle_plusmail
2 x skomentowano… Dodaj komentarz
  • Marcin 14/10/2016, 22:25

    Dzieki za historie kopulakow. Jest ona rozszerzeniem opowiadania mojej mamy. Przed chwila uslyszalem od niej, jak w latach 60-tych bedac na wycieczce w Wawie, pani przewodnik doprowadzila mlodziez z ogolniaka na „ksiezycowe osiedle” :). Szybkie googlowanie i tak trafilem na twoja strone twoja opowiesc inspiruje mnie do wycieczki na ustrzycka ale takze kilku innych. Piekne opowiesci :)

  • tynka 04/06/2016, 07:37

    Dzisiaj tam trafiłam przypadkiem, tak mnie zaintrygowały te budynki, że od razu zaczęłam szukać o nich informacji. Fantastycznie, że prowadzisz taką stronę! A kopulaki niszczeją. Pewnie komuś bardziej opłaca się je zburzyć i postawić mały „apartamentowiec”…

Skomentuj…