Hier ruht in Gott

Tu leży i w Bogu spoczywa, nie po naszemu, a po niemieckiemu… Cmentarz na Kępie Zawadowskiej, zupełnie jak na co drugiej górce, za niemal każdą wsią i miasteczkiem w moim kochanym ostprojsen. Zapominiane pomniki poprzednich i w sumie co się oszukiwać, prawowitych gospodarzy tych ziem. W moim Stadt jest wszystko, zapomniane poniemieckie cmentarze też, mimo że tu od zawsze jestem u siebie.

Nie jest jedyny w Warszawie, jest ich kilka po nowych, rozbudowujacych się dzielnicach, niedawono polach, niedawno podwarszawskich wiochach. Pamiętam jak i tutaj sporo lat temu traktorem na żniwa jechali i kapusta rosła, a deweloperka i parcelacja dopiero myśleli czy tu wejść.

To ślady wiosek dawnego Urzecza, to ślady Olędrów (nie mennonitów, jak na północy), pierwszych kolonizatorów przywiślańskich, zalewowych terenów.

Olędrzy przybywali tu od końcówki XVI wieku, chociaż wtopili się w miejscową ludność, druga fala z XVII wieku przetrwała aż do 1944 roku, kiedy zwinęli się z adolfami. Te wszystkie Kępy, aż po okolice Konstancina, no i po drugiej stronie rzeki, przez białołęckie dziury, aż po Falenice – to oni. Wierzby na nadwiślańskich nieużytkach – oni, bo to nie była nigdy kochana, mazowiecka, płacząca, a bardziejdrzewo do umacniania wałów i grobli.

W 1772 ci oni spisali pierwszy kontrakt osadniczy z Potockim, zakładając na wysepce nad brzegiem Rzeki Kępę Wołową. Dalej były Chabdziny i Oborskie Kępy, ale to już za daleko poza dzisiejszą rogatką. Tym samym torem, koło 1819 powstała Kępa Zawadowska, istniejąca do dziś w formie, nazwijmy to, osiedla wg reguł MSI. Poważna osada, ze szkołą, kircho-kaplicą i rozsądną liczbą domów powstała około 1832 roku. Jak Olędrzy tu żyli to i umierali, powstał więc i cmentarz na skraju wsi, na wzniesieniu, patrząc na kształt – sztucznym.

Co można powiedzieć o wsi ? Była sobie i tyle. Karczowali krzaki z pól, powiększali areał upraw, a gleby tu żyzne, Rzeką podlane. Wieś rozwijała się i w szczycie dochodziła do 300 mieszkańców i kilkudziesięciu domów.

Jak to w większości warszawskich historii i w jednej z warszawskich piosenek: przyszła wojna no i cóż, nie ma […] no i już. Oni tacy nie do końca zasymilowani byli, więc jak tu fryce przyszli to podpisali volkslistę. Latem 1944 już było wiadomo, że Niemcy przesrane mają, Warszawa poszła w Festung, a ichnich (rajschs) i prawie-ichnich (folsk) cywilów ewakuowali, bo jak nie nasi, to by im kraśni wolność przynieśli. Tak się skończyła historia Olędrów na terenie dzisiejszego Wilanowa.

Może ktoś ich jeszcze pamięta. Czasem tu się plączę i poza nowym budownictwem jednorodzinnym widuję babiny pod kapliczką, widuję spotkania na rozstajach dróg, że wszyscy starzy się znają. Słyszę rozmowy, miejscowe kroniki na dwadzieścia lat wstecz. Być może ktoś zna i dalej w cofkę zegara, może zna jeszcze gęby, nazwiska i adresy, dawne i potencjalnie dzisiejsze.

Cmentarz nie wyjechał. Długo, długo był w ruinie i zarośnięty. Kilkanaście lat temu władze dzielnicy uporządkowały miejsce.

Na zbiegu krętego krańca Sytej i Bruzdowej zachował się ślad tych, którzy nadali kształt tej okolicy. Zachowało się kilkanaście nagrobków, najstarszy z końca XIX wieku, może i sprzątniętych, może i skoszonych za gminne pieniądze, lecz zapomnianych jak trytwy, terpy i dawni, dziwni mieszkańcy tych stron.

Facebooktwittergoogle_plusmail
0 x skomentowano… Dodaj komentarz

Skomentuj…