Drewniany Grób

U mnie w rodzinie tradycja była, że jak na groby chodziliśmy to kupowało się plus dwie-trzy świeczki i nadwyżka szła na opuszczone groby.

Na Bródnie to w te resztki z lat 30-tych, może wykupione gdzieś na obrzeżach pod murem, może łaskawie pozostawione przez biznes katolickich dobrodziejów, wszystko jedno. Na ewangelickim to akurat zawsze było gdzie postawić, przynajmniej tych 20-kilka lat temu. Teraz to dobre ludzie warszawskie chociaż Temlerom, Ulrychom, ba, nawet Kerntopfom od fortepianu zaniosą, a kiedyś to tylko Wedlowi.

Jeszcze była taka sytuacja, że Ojciec mówił, że pierdoli Dużym Fiatem, bo ciężko było i na Budowlanej, i na Młynarskiej zaparkować, więc jechało się tramwajem. Myśmy między Górczewską, a Wolską mały wybór mieli, jak pod „Prawosławnym” wyskoczyć, znaczy się pod ruskim cmentarzem. Tam też się kupowało ze dwie, trzy świeczki i losowo po drodze zapalało.

Też na opuszczonych, bo jak ktoś tam miał nagrobek porządniejszy to zazwyczaj zaborca, to kto ma grób odwiedzać, jak wyjechali, a a potem ich Dżugaszwili w dalsze drogę posłał ? Nie byle jakie to były groby, pułkowniki, gienerały carskiej armii, doktory. Starynkiewicz i ci od Pałacu w wedlowskiej byli sytuacji, ktoś im zawsze zapalił. Petlurowcom to nie wiem, bo nie wiedziałem wtedy kto to.

Potem przez wiele, wiele lat zdarzało mi się przechodzić ruskim cmentarzem. Na okoliczność śmierci sąsiadów, złożonych w katolickiej części. Na okoliczność, że przez Pustola i cmentarz bliżej do tramwaju. Wreszcie zdarzało mi się tu usługi wykonywać i w oczekiwaniu na załadunek zawsze jakiś kawałek zwiedzić. Swoją drogą, pamiętam lata, gdy w splanotwanej częsci od Parku Sowińskiego walały się luzem kości. Wstyd dla narodu, który domaga się (słusznie) szacunku dla swej pamięci poza dzisiejszymi granicami, we Lwowach między innymi.

Znam mnóstwo zakamarków, kilkupiętrowe krypty, medaliony poprzecinane niemiecką kulą i wandalizmem, zarosłe mchem pseudogreckie ruiny. Wreszcie nowy grób nowego bogacza nowego porządku, całego w marmurach. Znam je od środka i zza betonowego płotu, od strony Wałów, bo Wały prowadziły na rekolekcje do świntego Wawrzyńca, na pierwszy pet i pierwszą alpagę.

Znam lub znałem, bo nie byłem tam z dziesięć lat. Kiedyś nawet poznajdowałem po opracowaniach historie co ciekawszych nagrobków, wraz z depozytem. Dziś już nic z tego nie pamiętam, a jak się mocno postaram to wiem, gdzie szukać.

Zapamiętałem jeden nagrobek, dość blisko głównej alejki, a główna dla mnie to ta, która prowadziła do wyjścia od Pustola, gwoli ścisłości. Ukryty za drzewem i z drewna sam wykonany, bezpośrednio z uciętego pnia wychodził. Nazwisko chyba żarem wypalone, dziś już nieczytelne, albo mi się starać nie chciało. W koło trochę pustki. Od góry dziura, sugerująca może metalowy krzyż, może inną ozdobę. Nawet mu nigdy znicza chyba nie postawiłem, bo jeszcze go spalę. Zmurszały, spróchniały, popękany około setką lat w deszczu.

Ślad i dowód tego, że co w Mieście zaistniało, to trwać zawsze będzie. Jak rozjebany kirkut na Bródnie, kilka ewangelickich cmentarzy na po wojnie włączonych dzielnicach. Jak macewy – elementy pergoli w parku przy Grochowskiej i kraweżniki w warszawskim Zoo. Jak historie pochówków antykomunistycznego podziemia przy świętej Katarzynie, na gębie przeniesione do wolnej Polski, aż po budowę pomnika. Jak zadbana, powstańcza mogiła pod Skarpą na polach wilanowskich i jak zapomniany krzyż przy Maszynowej.

Zdarzył się, jest i oby był jak najdłużej !

Facebooktwittergoogle_plusmail
1 x skomentowano… Dodaj komentarz
  • lavinka 18/06/2018, 16:19

    O proszę. Byłam jakiś czas temu na tym cmentarzu, a przegapiłam. Następnym razem będę się bardziej rozglądać.

Skomentuj…