Śródmieście

Holownik Tadek w Porcie Czerniakowskim

Wspomnienie o Tadku

Swego czasu lubiłem kończyć szlajanki po mieście gdzieś nad Wisłą. Po przejściu tych kilkunastu kilometrów z Woli, gdzie wtedy mieszkałem, przez podwórka i zakamarki Śródmieścia, Powiśla lub Solca, zwykłem siadać nad Rzeką, otwierać piwo, ewentualnie schłodzone ćwierć. Swego czasu nosiło mnie na Port Czerniakowski, za drewnianymi budami Straży Miejskiej.

Tam pierwszy raz spotkałem Tadka. Z początku nie wdawaliśmy się w żadne rozmowy. I ja, i on byliśmy tu po to, by zaznać spokoju. Ja odpoczywałem od tempa i zgiełku miasta, on korzystał, na ile mógł, z dziadowskiej, wegetatywnej emerytury przy zakładzie, w którym przerobił całe życie. W części portu, którą sobie upodobał było tyle mułu, że na upartego przeszedłbym go w kaloszach. Całymi dniami taplał się w tym przegniłym dnie, mieszance piasku i przegniłych liści. Mulisty, zatęchły akwen służył mu za zagracone, od dawna niesprzątane mieszkanie.

Kiedy bym nie przyszedł to go tu zastałem. Stary, zmęczony typ. zgarbiony, taki… zardzewiały. Już marne miał życie i powoli tonął w tej bidzie. On widział, że co i raz tu wpadam. Tak to bywa, nie znamy się, ale mijamy się często i się rozpoznajemy, aż przyjdzie czas, niby przypadkiem, że się zapoznamy. Tak było ze mną i z Tadkiem. Pewnego dnia siadłem nad wodą i wysłuchałem jego historii.