Historie

Sprawa Burmajstra, czyli bikiniarze to są ludzie tacy…

„chuliganie to są ludzie tacy,

mają w dupie dyscyplinę pracy,

jazz, boogie-woogie, boogie-woogie, jazz

A ludowa władza

do paki ich wsadza”

Chodzi o młodzieżową subkulturę miłośników jazzu z lat 50-tych, czyli bikiniarzy. Nie mam pewności co do genezy wersów zaczynających się od „chuliganie…”, bo wszystkie znane mi źródła opublikowano pod czujnym okiem czerwonego cenzora. Być może jest to jakiś propagandowy wymysł oczerniający młodzież, która nie chciała biegać w ZMPowskich mundurkach i budować ludowego szczęścia, po równo dla wszystkich, po równiej dla równiejszych. Mam za to teorię, graniczącą z przekonaniem, że sami zainteresowani podśpiewywali sobie „bikiniarze to są ludzie tacy…” dla śmiechu. Z odpowiednią dozą ironii piosenka brzmi… tak, jak potrzeba. Ludowa władza miała na pewno mniejsze pokłady poczucia humoru, bo linijka „do paki ich wsadza” nie jeden raz ciałem się stała.

Bracia Pakulscy

Bracia Pakulscy

Delikatesów jest dziś co niemiara. Najczęściej są w galeriach handlowych, wtedy od hipermarketów i dyskontów różnią się nieco lepszą jakością produktów, no i ceną. Czasem istnieją w jakimś specjalnym skupisku, typu to, co powstało w miejsce bazaru na Polnej i faktycznie można kupić tam rzeczy specjalne, nie spotykane w sklepach, wykwintne. Odeszły jednak piękne wystawy, odeszły firmy z tradycjami i piękne aromaty cytrusów, kawy, wędzonek w środku sklepów. Dziś króluje sieciówka, musi być logo chipsów i popularnego napoju, który równie dobrze smakuje z obrzydliwą whisky typu blended z czerwoną etykietą, jak i odrdzewia oraz luzuje zapieczone elementy stalowe. Komuna zabrała wykwintne delikatesy, nowy system nie dał nic w zamian. Takich firm jak Bracia Pakulscy nie ma i chyba już nie będzie…

Zabawne, że fundamentów firmy nie zbudowali wcale tytułowi bracia. Ojcem-założycielem był Antoni Pawłowski, zesłaniec syberyjski z Irkucka. W połowie XIX wieku powrócił do Warszawy. Pracował jako subiekt i powodziło mu się nienajgorzej, skoro po ledwie kilu latach, w 1856 roku na Brackiej 22 otworzył własny sklep kolonialny. Po nim majątek przejął jego bratanek, Feliks, a było to w 1899 roku. Feliks Pawłowski był pozytywistą, racjonalizatorem kupiectwa. Wprowadził w swoim sklepie wiele ówczesnych nowinek technicznych, jak na przykład telefon. W 1909 roku odsprzedał udziały, a stopniowo i cały majątek swojego przedsiębiorstwa trzem braciom, którzy byli u niego subiektami. Tu zaczyna się historia Braci Pakulskich.

Żywy trup z Emilii Plater

Jest początek lat 80tych. Czesław Miłosz, już noblista, wychodzi z Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu. Zaczepia go menel o wyglądzie bezdomnego, alkoholowego degenerata. Prosi o stówę. Znają go tu i nie przepadają za nim. Wystaje pod lokalem, krzyczy sam do siebie, urąga, zaczepia ludzi. Nie jest przyjemnym widokiem. Miłosz też go zna. Wyciąga plik pięćsetek i wręcza mu jedną ze słowami „Cóż to jest dziś sto złotych, panie Kazimierzu ?”.

W tym samym czasie na ulicy Emilii Plater dwóch lokatorów kamienicy pod czwórką spotyka się w bramie. Narzekają na jednego z współmieszkańców. Jest u niego melina. Ten fragment Śródmieścia ma swój przydział elementu, kwaterunek zrobił swoje, ale mieszkają tu też normalni ludzie. Do ich kamienicy schodzi się najgorsze towarzystwo. Dziwki zniszczone już zawodem, okoliczne lumpostwo, drobni kryminaliści, bez fartu w rozedrganych rękach. Wchodzą i wychodzą kiedy chcą. Chlają i zachowują się… nieobyczajnie. Mieszkanie cuchnie, pleni się w nim robactwo. I ten menel, co tam mieszka, gruźlik w końcowym stadium, koneser wódki z białą główką i wody brzozowej. Zakała kamienicy, strach na schodach się mijać.

Tym menelem był Kazimierz Ratoń, jeden z poetów pokolenia „Współczesności”. Prawdziwy poeta przeklęty. Żywy trup. Bardzo niewiele życia już wtedy w nim było. Tyle co nic. Wkrótce przestanie być wrzodem na tym ziemskim padole.