Bez Kategorii

Moje przedmieście…

Moje przedmieście leży gdzieś na uboczu, choć do Śródmieścia droga stąd prosta i krótka. Od pędzącej stolicy oddzielają je dziś wiadukty tras komunikacyjnych i tory kolei. Możesz żyć w tym mieście 40 lat, a jego nazwa nic ci nie powie. Nie jest ona nikomu do niczego potrzebna.

Jest tu krzyż i kapliczka, pod którymi nikt już się nie modli i nikt nie śpiewa nabożnych pieśni. Jest kilka starych domów i kilka uliczek. Jak je taryfiarz je z miejsca skojarzy to musi być, że już dobrze siwy, ewentualnie z okolic.

Zostało kilka starych domów. Tyle tylko, co znajomych wciąż nazwisk. Cegły murszeją, stropy walą się w ślad za śmiercią swoich właścicieli. Ustępują pseudo-willom rodzącej się klasy średniej, ustępują kameralnym inwestycjom w prestiżowej lokalizacji, albo i odwrotnie. Fakt, blisko stąd do biurowców, tych w szkle od podłogi po sufit, a żyć tu można jak w mieście-ogrodzie.

Dziś każdy zburzony dom, każde podwórze zarośnięte po pas zmienia moje dziecięce wspomnienia w cmentarny krajobraz…

Graffiti z Syrenką Warszawską

Toksyczne Syrenki

Na bulwarach nad Wisłą były kiedyś nabazgrane takie dwie Syrenki Warszawskie. Chyba gdzieś koło Mostu Śląsko-Dąbrowskiego. Bardzo je lubiłem. Patrząc na brudno-zieloną, może nawet brunatną toń Rzeki, przechodząc przy kanale wyrzucającym zakurzoną deszczówkę rozumiałem, czemu jedna z nich nosi maskę gazową. Druga odważyła się popływać i widać, jak się skończyło.