Bar Baron

bar_baron

 

O, mordownie warszawskie! Tak, żeby zacząć na modłę Tyrmanda. Każda dzielnica ma swoje knajpy, gdzie siedzą miejscowi i przepijają dochód, dzieląc się swoimi smutkami, sukcesami i przewagami. Przychodzą czasem chłopaki, którym nie wypada już siedzieć pod blokiem. Są też codzienni bywalcy, meble, znani w kwartale alkoholicy, którzy nie osiągnęli jeszcze poziomu menela spod sklepu. Każda knajpa ma swój charakter, swoje tematy, swój koloryt. Zazwyczaj znany tylko w najbliższej okolicy. Chyba, że lokal leży na skrzyżowaniu szlaków, wtedy zasila go klientela z „miasta” i robi się ciekawie. Było wiele takich knajpek, wiele jest rzewnie wspominana. „Fawory” na Żoliborzu, „Portowa” czy „U Kulasów” na Pradze, „Orłówka” na zbiegu Chmielnej i Żelaznej. Nocny lokal na Dworcu Głównym.

Grochów, właściwie Witolin, też miał swoje mordownie. Zamieniecka, róg Bełżeckiej na przykład. Ceglany, acz pobielony kurnik, dookoła drewaniany płotek ogradzający parasole. Na murze lokalu płachta z podchmielonym arystokaratą w lokowanej peruce. „Pub Nowy Baron”. Pomijam fakt, że pub to jest w Dublinie, a u nas chodzi się do knajpy, baru, lokalu, mordowni. Nowy Baron, nie może być inaczej, nawiązuje do lokalu o nazwie „Baron”, który istniał tu jeszcze przed wojna. Skąd ta niecodzienna nazwa ?

Mieszkał tu pod koniec lat 30-tych pewien człowiek. Przez pewien czas zawodowo zajmował się byciem odźwiernym w Pałacu Raczyńskich na Krakowskim Przedmieściu – my to nazywamy Pałacem Czapskich, ale wtedy właścicielem był hrabia Edward Bernard Raczyński. Inna wersja mówi, że był odźwiernym w Bristolu lub Hotelu Europejskim. Można stwierdzić, że miał kontakt z „wielkim światem” na Krakowskim Przedmieściu i tym ogólnikowym stwierdzeniem nie miniemy się z prawdą. Człowiek ten lubił opowiadać o swojej pracy, obyczajach jaśniepaństwa pracodawców (lub jaśniepaństwa gości, w zależności od przujętej wersji), bogactwie, przepychu towarzyszącym ówczesnej elicie. Witolin to wtedy były dalekie przedmieścia, raczej nie zamieszkiwane licznie przez wielmożów i ludzi „z towarzystwa”. Mieszkali tu głównie potomkowie małorolnych chłopów, w pierwszym pokoleniu warszawiacy, świeżo awansowani społecznie na robotników. Opowieści z życia wyższych sfer musiały robić spore wrażenie. Pan odźwierny dostał tu ksywę „Baron”. Mieszkał najprawodpodobniej na Zamienieckiej 37. Bardzo możliwe, że z uskładanych pieniędzy, z jakiejś odprawy kupił ten lokal, a może i dom pod 37. Jest też wersja, że nieco stoczony już Baron robił za element wystroju knajpy. Był tam codziennie i wypity opowiadał ciągle to samo. W końcu od niego zaczęto nazywać piwiarnię.

Nie znam nazwiska Barona, ciężko więc ustalić konkretnie jak było. Nie jest to jednak tak istotne w tej historii. Ważne jest co innego, mianowicie że 70 lat później wciąż ten i ów kojarzył ten element lokalnego kolorytu. Historia, nic przecież nie znacząca, przetrwała wszystkie zawirowania dziejów, przeżyła kolejne pokolenia, istniała wciąż, mimo iż Witolin zamienił się w większości w blokowisko z wielkiej płyty.

Lokal to była zwykła piwiarnia, podawano tam też pizzę. Taki niezbyt wykwintny. W pewnym czasie ogródek piwny pomalowano w kolory Legii i miejscowe chłopaki oglądali tam mecze. Jakiś czas temu płachta z pijanym arystokratą zniknął, a lokal przerodził się w niby-włoską pizzerię. Sukcesu nie odniósł, bo wkrótce został otynkowany i stał się czymś w stylu klubokawiarni. Nazywa się „Zieleniak”, w środku jest wystrój w stylu eko. Podają pizzę i żarcie we włoskim stylu. Piwo też jest. Czasem jakieś koncerty i inne wydarzenia. Nie mam wątpliwości, że miejsce przyda się mieszkańcom, te okolice szybko się rozbudowują, każda wolna działka pokrywa się nową zabudową. Będzie gdzie wyskoczyć. Tylko historyjki Barona żal, bo czuję, że odejdzie w zapomnienie…

Facebooktwittergoogle_plusmail
0 x skomentowano… Dodaj komentarz

Skomentuj…