SONY DSC

Moje przedmieście…

Moje przedmieście leży gdzieś na uboczu, choć do Śródmieścia droga stąd prosta i krótka. Od pędzącej stolicy oddzielają je dziś wiadukty tras komunikacyjnych i tory kolei. Możesz żyć w tym mieście 40 lat, a jego nazwa nic ci nie powie. Nie jest ona nikomu do niczego potrzebna.

Jest tu krzyż i kapliczka, pod którymi nikt już się nie modli i nikt nie śpiewa nabożnych pieśni. Jest kilka starych domów i kilka uliczek. Jak je taryfiarz je z miejsca skojarzy to musi być, że już dobrze siwy, ewentualnie z okolic.

Zostało kilka starych domów. Tyle tylko, co znajomych wciąż nazwisk. Cegły murszeją, stropy walą się w ślad za śmiercią swoich właścicieli. Ustępują pseudo-willom rodzącej się klasy średniej, ustępują kameralnym inwestycjom w prestiżowej lokalizacji, albo i odwrotnie. Fakt, blisko stąd do biurowców, tych w szkle od podłogi po sufit, a żyć tu można jak w mieście-ogrodzie.

Dziś każdy zburzony dom, każde podwórze zarośnięte po pas zmienia moje dziecięce wspomnienia w cmentarny krajobraz...

Ulica Ordona - plac z kontenerami

Szara ulica Ordona

Ordona, szara kostka brukowa, szare budynki, szary pył wzbijany wciąż kołami ciężarówek. Ludzie o szarych twarzach, idący do swej szarej pracy. W tygodniu jest tu wielki ruch, kierowcy korzystają ze skrótu na Włochy i dalej w Nowe Aleje. Prosperuje tu sporo firm, głównie transportowych. Transport jest tu obecny od wielu, wielu lat. Ordona to przecież wielki kompleks hal przeładunkowych od Warszawy Głównej Towarowej. To ogromny budynek magazynów WSSu. Wciąż widać tu te wszystkie bocznice, stoi jeszcze kolejowy szlaban. Kiedy wprowadzono do Polski transport kontenerami stacja z Ordona była pionierem. Spedcont, który tam siedzi do dziś wywodzi się przecież z PSK (Przedsiębiorstwo Spedycji Krajowej).

Tu się przyjeżdżało po towar rozładowany z kontenerów czy krytych wagonów. Szajs typu węgiel, kruszywa itp. szedł raczej na Gdański. Tutaj była rola szofera, żeby sobie pokręcić. Jak ktoś miał dostęp do towarów to zawsze znalazła się lista. A to stolarni, która przyjmie dowolną ilość desek, a to spółdzielni tapicerskiej, co gąbki do woli kupi i tak dalej, zależy coś miał za towar. Ktoś mi opowiadał, że w tych czasach wozili węgiel, dwóch ich było do tego zajęcia. Każdy myślał, że ten drugi zawiezie węgiel do firmowego odbiorcy, on zaś przeznaczony jest do załatwienia klienta właściwego, czyli swojego. Na drugi dzień okazuje się, że ani węgla, ani kwitów na odbiór, ani nic. Przyszedł dyrektor, mówi, że go to ch…, do piątku węgiel ma być. I był, i jakoś wszystko grało, jakoś każdy żył. Inna sprawa, że w ten sposób i bez Wałęsy by to wszystko upadło.

Domki kopułowe (kopulaki) na ulicy Ustrzyckiej

Kopulaki na Ustrzyckiej

Ustrzycka to niewielka, boczna uliczka od 1 Sierpnia. Mało znane miejsce, bo leży poza głównymi szlakami Grójcieckiej-Krakowskiej-Żwirek. Zazwyczaj jest zastawiona samochodami, że ledwo się można przecisnąć, nikogo więc nie kusi do robienia skrótów. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym wśród dziesiątek takich samych. Uwagę zwraca jedynie nietypowy kształt zabudowy, bo część posesji zabudowana jest grzybkami, jak w scenografii do wioski smerfów.

To osiedle "Zakątek", znane pod potoczną nazwą kopulaków, jeden z bardziej nietypowych projektów urbanistycznych PRLu. Dość niespotykana forma domków była wynikiem ówczesnych przepisów. Tendencja była taka, żeby powciskać ludzi w bloki, a jak już muszą mieć dom to nie zaraz willę, a góra takie większe pudełko. Dostępność materiałów też była bardzo ograniczona, w tym czasie Warszawa jeszcze się odbudowywała, a już rozbudowywała.